Opanowałam wszakże sztukę przygotowania dwóch posiłków, bez dodatkowego czasu w kuchni i małym nakładem energii. Ja nie należę do osób szczególnie mięsożernych i mięso 3 razy w tygodniu, to dla mnie często górna granica. Trudno, żebym wymagała takiej samej diety od lubego, który kawałem chłopa jest i nie siedzi cały dzień za biurkiem nad papierami, a ciężko pracuje fizycznie. Z dużym szacunkiem odnosi się do dań wege i zjada je ze smakiem, ale dla niego to są góra dwa obiady w tygodniu, kiedy dla mnie to właśnie mięso mogłoby gościć na talerzu tak rzadko.
Stąd wyjątkową sympatią obdarzam przepisy, które łatwo z wege zmienić na mięsne, lub odwrotnie. Dzięki nim gotuję dwa obiady w krótkim czasie. I wilk syty i owca cała.
Dziś przykład takiego posiłku, a przepis od Kikkery (dziękuję!), który dwa lata siedział w moich ulubionych zakładkach i doczekał się wreszcie realizacji. W nieco zmienionej wersji i dzięki uprzejmości lokalnych delikatesów, które wreszcie zdecydowały się sprowadzać solone kapary. Warto było mieć tyle czasu ten przepis w ulubionych, bo okazał się być rewelacyjny i wchodzi do naszego repertuaru w sezonie dyniowym.

Razowe penne z pieczoną dynią i kaparami (oraz wersja z boczkiem)
2 porcje
200g penne z pełnego przemiału
mała dynia piżmowa, obrana i pokrojona na ok. 2 cm kostkę
2 łyżki oliwy
2 łyżki solonych kaparów
1 łyżka masła
1 ząbek czosnku, obrany i drobno posiekany
garść świeżej pietruszki, posiekanej
nieco startego Grana Padano
3 plastry bekonu pokrojone w paski (lub chudego surowego boczku, może być pokrojony w kostkę)
sól
świeżo zmielony czarny pieprz
Piekarnik rozgrzałam do 200 stopni C. Nastawiłam spory garnek z wodą na makaron.
Kapary bardzo dokładnie wypłukałam na sicie, aby pozbyć się soli.
W patelni, która nadaje się do zapieczenia w piekarniku rozgrzałam oliwę i przesmażyłam na niej dynię. Po kilku minutach włożyłam ją do piekarnika. Piekłam przez ok. 10 minut, na ostatnie 2 minuty dodając masło, czosnek i kapary.
Makaron ugotowałam al dente w lekko posolonej wodzie, a na suchej patelni usmażyłam na rumiano bekon.
Makaron odcedziłam i wymieszałam z upieczoną dynią i kaparami. Do jednej porcji dodałam bekon. Rozłożyłam do miseczek, posypałam natką pietruszki i Grana Padano startym na dużych oczkach.
Zainteresowani innym przepisem na wege i mięsny makaron za jednym zamachem? Zapraszam tutaj.
czy mozna uzyc innej dyni niz pizmowej? w polsce pizmowej nie widzialam
OdpowiedzUsuńMysle, ze jakakolwiek o zwartym miazszu sie nada. Chodzilo mi o to, aby kostki dyni nie byly za miekkie, rozpackane.
OdpowiedzUsuńSwietny pomysl na makaron :) Ja tez nie naleze do tych miesozernych. Mam to szczescie, ze moj M. tez za miesem nie przepada. Jednak raz w tygodniu, glownie w niedziele, przygotowuje miesny obiad (czesto sa to roznego rodzaju pieczenie lub gulasze:))
OdpowiedzUsuńU nas jest podobnie, ja mogę mięsa w ogóle nie jeść tygodniami, a M najwyżej kilka dni.
OdpowiedzUsuńŚwietny przepis.
fajne :) Też czasem robię takie obiady, jeden w wersji wege drugi z mięsem :)
OdpowiedzUsuńU nas podobnie z tym mięsem:P Świetny pomysł z tym makaronem, napewno wypróbuję! I jeszcze kolory mi się podobają:)))
OdpowiedzUsuńJa ostatnio robiłam coś podobnego, tylko z kozim serkiem i pestkami dyni. Pychota.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Pyszne danie :)).
OdpowiedzUsuńProblem jest mi znajomy. Często gotuję 2 obiady - w wersji dietetycznej i niedietetycznej. Udaje mi się też czasem połączyć te opcje w jednym obiedzie. Lubię takie przepisy, które działają w obu wersjach i są równie smaczne :).
ja to bym zjadła obie wersje ze smakiem ;)
OdpowiedzUsuńdla mnie jednak wersja z boczkiem ;-)
OdpowiedzUsuńzjadlabym i taka wersje i taka, gdyz obie wygladaja bardzo apetycznie:)
OdpowiedzUsuńA ja mogę i mięso jeśc codziennie i nie jeśc go wcale, pod warunkiem, że obiad dobry. Opanowałam również sztukę robienia dwóch obiadów na raz ze względu na dzieci.
OdpowiedzUsuńOba Twoje dania świetne, ale jeśli chodzi o dynię to ja zdecydowanie przychylam się do wersji z boczkiem :)
mm.. ależ to musiało świetnie smakować.
OdpowiedzUsuńMasz rację- przepisy elastyczne są po prostu kochane.
Pozdrawiam:*
Jak widać z komentarzy gotowanie na tej samej bazie dwóch obiadów jest nam znane. Ja mam to szczęście, zę mój mąż, choć wychowany na roladach poganiancyh pieczeniami, to zasmakowal w naszej kuchni, ktora jest wege i rybna. Mięso czerwone w postaci polędwicy wołowej, to 1-3 w miesiącu. Jednak i ja czasem, wiedzac, że mężczyzna (o wadze ponad 2 razy większej niż moja) ma choćby inne potrzeby kaloryczne, czasem jego dani wzbogacam jakąś wklądką :)
OdpowiedzUsuńKarolina, wiem dokładnie o czym mówisz! U mnie co prawda jest trochę inaczej, ale prawie codziennie muszę tak gotować aby wilk (czytaj Mąż) był syty i owce (czytaj Dzieci) całe ;) On na diecie (zakazane ziemniaki, mąka i cukier) a One wielbiciele wszelkiego rodzaju kopytek, pierogów, pyz... włoskich makaronów... No czasem nie jest prosto;) Pzdr Aniado
OdpowiedzUsuńJa na co dzień obiadów w domu nie gotuję; jeszcze zastępuje mnie Rodzina - i skądś znam ów problem z 'mięsożercami'. Choć my, kobiety, chętnie byśmy mięsa jadły dużo mniej, to Tata krzywi się i za nic sobie nie da powiedzieć, że bez mięsa nie znaczy wcale niesmacznie...
OdpowiedzUsuńPomysł przedni!
Pozdrawiam! :)
Moj malzonek nie narzeka. Mieso na obiad moze byc dla niego 2-3 razy w miesiacu, ale czesto tak robie, ze jak ugotuje cos miesnego to na drugi dzien gotuje sobie cos nowego a to co zostalo jest dla meza. Jak ma ochote czesciej to zje w postaci wedlin, ktorych ja w ogole nie jadam.
OdpowiedzUsuńJa na szczęście nie mam mięsnego problemu. Mój Pan pracuje na delegacji i jada w hotelach i to co podam jest dla niego urozmaiceniem, nawet się ciesyz że nie ma mięsa.
OdpowiedzUsuńSama nie jestem wegearianką ale jem mięsa malutko, chyba że jestem na wsi i mnie Babcia podtuczy ;)
Ha, ja się jednak cieszę, że gotuję to samo dla dwojga. Wiem, że tak, jak u Ciebie, to żaden kłopot, ale jednak trzeba pamiętać, pomyśleć... A obie wersje b. chętnie bym zjadła :)
OdpowiedzUsuńA ja jestem wegetarianką. Nie jem mięsa w ogóle. I nie potrafię go przygotować, nie wiem jak :)
OdpowiedzUsuńTwój makaron mi się podoba, bo razowy, zdrowy i z dynią - do której ja się przemóc nie mogę, żeby zrobić :)
W takich wypadkach po prostu mowie TO LUBIE! :)
OdpowiedzUsuńDzieki wielkie za wszystkie komentarze. :)
OdpowiedzUsuńWidze, ze u czesci z Was jest podobnie. Podejrzewam, ze tam, gdzie jeszcze sa dzieci sprawy potrafia sie bardziej pokomplikowac. ;) Ale praktyka czyni mistrza i mozna sobie jakos radzic, bez spedzania calych wiekow w kuchni. :)
Obie wersje goraco polecam, smaczne takze z wloska pancetta pokrojona w kostke, co w polskich warunkach mozna zastapic wedzonym surowym boczkiem.
Wlasnie mialam dwutygodniowa niemal przerwe od jedzenia miesa, bo bylam sama w domu i nie chcialo mi sie go gotowac, wiec dzis mam niezwykly apetyt na pieczony udziec jagniecy - czyli dzis zdecydowanie ten sam obiad dla dwojga. ;)
Kto nie moze sie przekonac do dyni, temu polecam pieczona dynie na pierwszy raz. W ogole jestem fanka pieczonych warzyw, o czym bedzie na blogu juz jutro. Zapraszam i pozdrawiam serdecznie! :)
Jak dla mnie rewelka! :)
OdpowiedzUsuńbuziak
:))) Ciesze sie, ze Ci sie ten makaron podoba.
OdpowiedzUsuńcudowna kombinacja tej zapiekanki, zainspirowałaś mnie tym absolutnie i postanowiłam sama zrobić podobną. dlaczego? bo troszkę ja urozmaiciłam dodałam troszkę więcej składników i na koniec lekko ja zapiekłam.Zatem zapraszam do siebie. I dziękuję ci bardzo za inspiracje :) pozdrawiam ciepło. Paulina http://kuchennewariacjepauli.blogspot.de/
OdpowiedzUsuń