Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gdzie jeść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gdzie jeść. Pokaż wszystkie posty

9 lipca 2013

Gdzie jeść? The Temple Cafe, Northton, Isle of Harris



Wiedzieliśmy z lubym, że na Hebrydach Zewnętrznych sklepy i stacje benzynowe są zamknięte w niedziele, ale ja - entuzjastyczna (i naiwna jak się okazuje) foodie - zdołałam go przekonać, że poza zapasem wody mineralnej w turystycznej lodówce (było upalnie) nie musimy nic zabierać z domu, bo na pewno knajpy będą otwarte i będą serwować lunch. Jaaasne...

26 czerwca 2013

Hebrydy Zewnętrzne kulinarnie.


Nasze typowe śniadanie z widokiem na Seaforth

Skłamałabym, gdybym napisała, że archipelag jest miejscem napakowanym wytwórcami niezwykłych produktów, którzy potrafią się zareklamować, mają miejsca, w których turyści mogą oglądać proces przygotowania jedzenia, czy zrobić zakupy w wypasionym centrum dla gości najlepiej z kafejką serwującą dania z lokalnych produktów. Do tego przyzwyczaiła mnie Anglia, a szczególnie lokalni producenci z Yorkshire. Na Lewis i Harris jest dużo dobrych produktów, ale trzeba się nieco nagłowić jak je znaleźć, bo mam wrażenie, że nie są mocno wyeksponowane. Zapytałam jedną lokalną panią o to, a ona powiedziała, że chyba dla nich to jest taka oczywistość i codzienność, bo od dziecka jedzą łososia, przegrzebki i lokalną jagnięcinę i być może nie uważają tego za coś godnego ekstra promocji. A ja myślę, że w porównaniu do Anglii, Szkocja jest jednak nieco zacofana pod tym (i innymi) względem i to dojdzie na północ za jakiś czas. Nie wspomnę o tym, że nie są to rejony zamożne, czy takie gdzie inwestuje się duże pieniądze. Ale Szkocję mimo, a może za to zacofanie kocham szczerą i płomienną miłością.

16 października 2012

Gdzie jeść? Stein's Fish & Chips, Padstow



Jeśli chcecie spróbować najlepszej ryby z frytkami na wynos, pokuszę się o stwierdzenie, że najlepszej w całym UK, to musicie wybrać się do Padstow. Tam oprócz restauracji, sklepu rybnego, delikatesów czy szkoły gotowania Ricka Steina jest także jego miejsce sprzedające tradycyjną rybę z frytkami na wynos (jest tam kilka stolików, można zjeść na miejscu). Pozwala to spróbować jedzenia przygotowywanego wg receptury poważanego na całym świecie szefa kuchni i to w bardzo przystępnej cenie (za dwie porcje dorsza w panierce, frytek i bardzo smacznego sosu tatarskiego zapłaciliśmy ok. 17 funtów). Zachwyca świeżość i wybór ryb, możliwość zamówienia ryby smażonej w panierce lub grillowanej, czy gęsty, aromatyczny sos tatarski, ale także dbałość o szczegół w takim głupim daniu na wynos, które w wielu miejscach sprzedaje się po prostu w papierze. U Steina dostajecie schludne kartonowe pudełko, ćwiartkę cytryny i gałązkę pietruszki, a także drewniane sztućce. To wszystko powoduje, że banalne danie na wynos nabiera innego wymiaru. No i przede wszystkim ten smak, świeżość i najbardziej chrupiąca panierka, jaką mieliśmy okazję jeść. Polecam gorąco.

Stein's Fish & Chips 
South Quay
Padstow
Cornwall
PL28 8BL

Godziny otwarcia:

Dania na wynos:
12.00 - 15.00 oraz 17.00 -21.00
Na miejscu:
12.00 - 14.30
17.00 - 21.00

Ceny ryb z frytkami na wynos od £7.85 do £12.25, sosy  i dodatki £0.35-2.00

Rybę można jeść podziwiając takie widoki


7 października 2012

Gdzie jeść? The Bridge Tea Rooms, Bradford on Avon

W drodze powrotnej z Kornwalii korzystając z tego, że zapuściliśmy się na południe Anglii zatrzymaliśmy się na weekend w Bradford on Avon i Bath. W Bradford mieliśmy okazję zjeść fantastyczny lunch w kawiarni, która zbiera od lat branżowe nagrody i jest miejscem, w którym wiele osób powinno się uczyć, jak prowadzić tego typu biznes.


 Kawiarnia mieści się w domu datowanym na 1502 rok, co powoduje, że jest to miejsce dość specyficzne: dość małe, z niskimi sufitami, wyeksponowanymi belkami drewnianymi, a na dole słychać każdy krok z piętra. Stoliki są usytuowane na parterze i piętrze, miejsc jest niewiele, aby mieć pewność, że dostanie się stolik, szczególnie w sezonie urlopowym, należy go wcześniej zarezerwować. 





















Jest to kwintesencja tradycyjnej angielskiej herbatki w starym stylu: delikatna porcelana, subtelna klasyczna muzyka, świeże kwiaty w wazonach, stare meble, podświetlona głowa Królowej Wiktorii we wnęce i kiczowate figurki na kominku. Magię miejsca podkręcają kelnerki ubrane w wiktoriańskie stroje służących, które zachowują się tak, jakby nie miały klientów z ulicy, ale dobrych przyjaciół na herbatce, którym chciałyby uchylić nieba: ciepłe, przyjazne, służące radą.

Bywałam w wielu kawiarniach w Wielkiej Brytanii, ale to tam był najbardziej imponujący wybór herbaty: w karcie było ponad 30 gatunków i mieszanek! Co więcej, była to herbata liściasta, podawana z siteczkami i dodatkowym dzbankiem gorącej wody do rozcieńczania naparu, gdyby zrobił się on zbyt mocny w trakcie posiłku. Wybór tak imponujący, że trudno było się zdecydować. Luby do lunchu zamówił mocny napar Assam, a ja mieszankę herbat słabszych o delikatnej wędzonej nucie. Skusiłam się z powodu nazwy: mieszanka Jane Austen. Pisarka spędziła parę lat w sąsiednim Bath i umieściła w nim akcję swoich dwóch książek. 



Do jedzenia oboje zamówiliśmy zestaw (jeden z wielu skomponowanych i cenowo zróżnicowanych zestawów, np. najdroższy zawiera szampana) zwany wytrawną herbatką, w skład którego wchodził dzbanek herbaty naszego wyboru, wytrawny scones z ziołami, po kawałku cheddara, stiltona i camemberta, masło, seler naciowy, jabłko, winogrona i chutney. Nasz zestaw marzenie. I tak też smakował. Wybór serów nam odpowiadał, a scones był lekko tostowany i jeszcze ciepły. Reszta składników pasowała idealnie. Mimo, że byliśmy najedzeni po tym sycącym zestawie, to po prostu nie mogliśmy odpuścić słodkiego finiszu.


Skusiliśmy się tym razem na ich słynną tradycyjną herbatkę (tzw. cream tea). Nie jest napisane, że to zestaw dla dwojga, ale dwie osoby nie dość, że podegustują, to i najedzą się, szczególnie jeśli wcześniej spróbują coś z wytrawnej części menu. Tym razem skusiliśmy się na mieszankę herbat zwaną Empress of Pecking - napar o średniej mocy z aromatami owoców cytrusowych i kwiatu pomarańczy. Ten zestaw zawierał dwa potężne sconesy, dwa dżemy - truskawkowy i z czarnej porzeczki, a także clotted cream, którą po prostu uwielbiam, a która notorycznie w polskich publikacjach dostaje łatkę ubitej śmietany. Otóż nie, proszę państwa. To jest śmietana tradycyjnie wytwarzana w Devon i Kornwalii (ma certyfikat PDO - Protected Designation of Origin) przez proces podgrzewania i powolnego studzenia mleka w płaskim naczyniu. Jest bardzo tłusta, niemal o konsystencji masła, ale o bardzo śmietankowym smaku. Jest ona tradycyjnie podawana ze sconesami i są dwie szkoły jej jedzenia: pod dżemem, albo na dżemie. Ja wyznaję tę pierwszą. Ma oczywiście szereg innych zastosowań. A wracając do naszej herbatki - cudne to było! Sconesy były świeże, dość puszyste, dodatki bardzo smaczne.


W menu oprócz sconesów i innych słodkości, które imponująco prezentowały się w gablocie, znajdziecie kilka innych wytrawnych przekąsek jak tarta z cebulą i kozim serem, zupa, pieczone nadziewane ziemniaki, czy wybór tradycyjnych dla Anglii kanapek (bekon-sałata-pomidor, jajka-majonez-rzeżucha itd), a do godziny 11.30 serwowane są tradycyjne śniadania (pełne angielskie śniadanie, jajka po benedyktyńsku, czy jajecznica z wędzonym łososiem). Kawiarnia przyjmuje też zamówienia na ciasta i organizuje przyjęcia na miejscu.


Dla wielbicieli angielskiej herbatki w starym stylu jest to miejsce, które może być ich mekką, a Ci, którzy chcieliby dopiero poznać uroki brytyjskości też powinni się tam pojawić.  

Polecam gorąco.

The Bridge Tea Rooms 
24a Bridge Street 
Bradford on Avon
Wiltshire
BA15 1BY
tel. 01225 865537

Godziny otwarcia:
Poniedziałek - piątek 9.30 - 5.30
Sobota 9.30 - 6.00
Niedziela 11.00 - 5.30

Zestawy z moich zdjęć: wytrawny to koszt £9.75, słodki £6.65, resztę cen znajdziecie w menu na ich stronie www. Dostępne jest osobne krótkie menu dla dzieci.

15 stycznia 2012

Gdzie jeść? Tan Hill Inn, Reeth, Swaledale


W czasach gdy w Wielkiej Brytanii zamyka się dwadzieścia pięć pubów dziennie, albo tradycyjne puby są zastępowane przez te sieciowe z tanim komercyjnym piwem i wielkimi plazmami, na których wyświetla się przez cały dzień Sky Sport, pub w którym w kominku gra prawdziwy ogień, z kuchni pachnie domowym angielskim pajem, a nie kebabem, staje się prawdziwą perełką. A jeszcze jeśli jest to najwyżej położony pub w Wielkiej Brytanii, (1732 stóp, czyli 529 metrów npm.) to w ogóle warto tam pojechać. To nie jest może imponująca wysokość w porównaniu do polskich warunków, ale pamiętajcie, że w UK nie ma takich wysokich gór. 


 Pub i zajazd Tan Hill, położony jest w sąsiedniej dolinie Swaledale, niedaleko wioski Reeth i prowadzi do niego wąska, kręta droga. W dzień kiedy u mnie świeci słońce i jest nieco ponad 0 stopni C, w okolicach pubu można zastać prawdziwą zimę. Scenerię niczym w filmie "Fargo" dopełnił przejeżdżający radiowóz. Przed pubem można się poprzytulać do owiec, które zachowują się jak psiska. Owce są tam zwierzętami domowymi, ulubieńcami, tak samo jak psy oraz kot i są one stałym i charakterystycznym elementem tego miejsca.

Pub jest uroczy, właściciele sympatyczni, na barze leniwie przeciągał się kot, pod kominkiem spał pies, nie zważając na nic, co dzieje się dokoła. Po wypiciu pinty lokalnego piwa apetyt nam się zaostrzył, a zapach z kuchni zaczął uwodzić. Właścicielka zachwalała zupę (z marchewki i pomarańczy) - orgazm, jak sama twierdziła, ale my mieliśmy chrapkę na mięso. A konkretnie wołowinę długo duszoną w piwie, podaną w gigantycznym Yorkshire puddingu z kremowymi ziemniakami i gotowanym groszkiem. Tradycyjne angielskie jedzenie, proste i tak dobrze ugotowane, że gotowa jestem na to danie wracać i wracać. 

Wrócę tam na pewno, aby spróbować innych specjałów, a Was zachęcam do odwiedzenia, gdybyście byli w okolicy. To miejsce warte odwiedzenia, nie tylko z powodu dań tam serwowanych. To po prostu pub z charakterem, a tych może z czasem brakować na angielskiej mapie pubów. Jest także świetną bazą wypadową do górskich wycieczek. Gdybyście się zasiedzieli, za dużo wypili, albo złapała Was burza śnieżna, to można wynająć sobie pokój i spokojnie przenocować, a rano mieć zaserwowane pełne angielskie śniadanie. Czego chcieć więcej? 


Tan Hill Inn, Tan Hill
Reeth
Richmond
Swaledale
North Yorkshire Dales
DL11 6ED Tel. (01833) 628 246  
E-mail: tracy@tanhillinn.com, info@tanhillinn.com 

Godziny otwarcia i serwowania posiłków różnią się w zależności od pory roku. Ceny od 5.95 do 10.50 funta za posiłek, desery ok. 3.5 funta, dostępne jest osobne menu dla dzieci.

2 grudnia 2011

Gdzie jeść? The Kitchin, Edynburg

Na wstępie jeszcze raz dziękuję tym, którzy głosowali na mój przepis w konkursie w marcu. 26 listopada udało mi się odebrać moją nagrodę - posiłek w wybranej przeze mnie restauracji, czyli The Kitchin w odnowionej dokowej dzielnicy Edynburga. To doświadczenie było warte każdego wydanego pensa i każdego dnia oczekiwania. Dziękuję Wam! I ostrzegam - to nie jest krótka relacja, nie potrafiłam się streszczać w przypadku tej restauracji. Serdecznie przepraszam za jakość zdjęć - do eleganckiej kopertówki mój Canon nie wejdzie, stąd użyłam starego aparatu -małpki, ale bez lampy - stąd zdjęcia są nieostre. Mam nadzieję, że opisy zrobią swoje.

Po kolacji wręczono nam listę dań i win, które spożywaliśmy

Pozwolę sobie zacząć od tego, że mimo, iż oboje z lubym jesteśmy wielkimi fanami dobrej kuchni, to nigdy nie mieliśmy okazji zjeść w restauracji uhonorowanej gwiazdką (lub kilkoma) Michelin. Przyznam to od razu - o ile ceny dań serwowanych na lunch są do przełknięcia, to uważaliśmy, że wydawanie grubych pieniędzy na kolację pewnie nie jest współmierne do radości całego doświadczenia, użytych składników czy serwowanych alkoholi. Ot, taki snobizm. Dziś wiemy oboje, że bardzo się myliliśmy. Z mojej relacji wywnioskujecie pewnie, że za podane dania powinno się płacić jednak dużo mniej, bo przecież taka głowizna, czy rybie policzki są tanie. Nie o to chodzi. Istotą wizyty w takim miejscu jest nie tylko jedzenie. Choć oczywiście - ono jest najważniejsze. Płaci się za otoczkę, za profesjonalną obsługę, za możliwość zadania pytania szefowi kuchni, który jest uważany za jednego z większych europejskich, jeśli nie światowych talentów. I oboje jesteśmy gotowi powtarzać to doświadczenie, nawet kosztem tego, że wyjdziemy na obiad do restauracji tylko raz w roku. Już myślimy o kolejnej wizycie w The Kitchin.

Zdjecie dzieki uprzejmosci Stripecom http://stripecom.co.uk/
Oboje bez momentu wahania zdecydowaliśmy się na menu degustacyjne, co więcej jest to menu niespodzianka. Byłoby szalenie trudno wybrać trzy dania z karty, a menu degustacyjne proponowało ich aż siedem zakończonych kawą lub herbatą z wyselekcjonowanymi petit four (dosłownie z francuskiego mały piec, małe ciasteczka, czekoladki, słodycze podawane na koniec posiłku, mogą być częścią deseru, lub być serwowane po nim). Co więcej menu obejmowało produkty pochodzące zarówno z morza i lądu. Spełniało wymagania nowicjuszy. 

Kilka słów o samym lokalu. Tom Kitchin, który praktykował w restauracjach z trzema gwiazdkami, otworzył The Kitchin w 2006 roku i już w 2007 roku zdobyła ona gwiazdkę Michelin. Tym samym stał się najmłodszym w historii szefem kuchni uhonorowanym tą nagrodą. Aby na nią zasłużyć nie dość, że trzeba popisać się kunsztem kulinarnym, ale także mieć pierwszorzędną obsługę i wykazać się niezmiennym wysokim poziomem zarówno obsługi, jak i serwowanych dań. Lista innych branżowych nagród jest bardzo długa. Sam lokal jest bardzo stylowy, schludny, bez zadęcia. Powitała nas recepcjonistka, odebrała nasze płaszcze i zaprowadziła do stolika. Ponieważ do menu degustacyjnego wybraliśmy zestaw win polecanych przez sommeliera, na przywitanie tego wieczoru poczęstowano nas lampką szampana. W oczekiwaniu na stolik, albo po skończonym posiłku można relaksować się w fotelach w pomieszczeniu przy barze, który to bar oferuje duży wybór alkoholi.

Zdjecie dzieki uprzejmosci Stripecom http://stripecom.co.uk/

Zdjecie dzieki uprzejmosci Stripecom http://stripecom.co.uk/

W sali restauracyjnej, na moje oko mogącej pomieścić między 40 a 50 nakryć, krzątała się obsługa, a jedna ze ścian jest częściowo przeszklona, co umożliwia podglądanie "teatru" gotowania, jaki ma miejsce w kuchni (a tam - sami faceci, w tym szef Kitchin, ok. dziesięciu kucharzy i uwaga: jedna młoda kobieta), idąc do sali minęliśmy gablotki z książkami szefa kuchni, które można kupić w recepcji.


Obsługa szalenie uprzejma, ale sympatyczna i dostępna, bez zadęcia, bardzo rzeczowa - odpowiadają na wszelkie pytania związane z serwowanymi daniami, każde danie zresztą poprzedzone jest krótkim opisem składników, szczególnie ciekawe dla tych, którzy są w The Kitchin pierwszy raz, albo jedzą coś nowego. Sommelier zsynchronizowany idealnie z kelnerami przynoszącymi kolejne dania. Dla pełni szczęści tłumaczy  krótko, acz treściwie dlaczego zdecydował się zaserwować takie, a nie inne wino do każdego dania.

Jeszcze coś, o czym muszę wspomnieć, bo z takim podejściem do klienta spotkałam się po raz pierwszy. Gdy luby zdjął marynarkę, od razu pojawił się ktoś, kto zaproponował, że odwiesi ją do garderoby na wieszak. Gdy wychodziliśmy do toalety, pozostawiona w nieładzie serwetka była natychmiast składana przez kogoś z obsługi, a gdy tylko zasiadaliśmy z powrotem za stołem ktoś pojawiał się z idealnym wyczuciem czasu, aby tę serwetkę rozłożyć nam na kolanach. "Także dlatego niektóre knajpy mają te gwiazdki, a zdecydowała większość ich nie ma" - powiedziałam do lubego. Dbałość o najmniejszy szczegół na każdym etapie, przy tym robione to w nienarzucający się sposób. Ale dosyć tego wodolejstwa. Pewnie jesteście ciekawi co zjedliśmy i wypiliśmy.


Na powitanie wraz z szampanem dostaliśmy dip z niebieskiego sera z zestawem warzyw i przekąsek do maczania. Pojawił się pan z wózeczkiem pełnym pieczywa i powiedział, że dzisiejszego wieczoru serwują różne gatunki pieczywa i spytał jaki rodzaj chleba sobie życzymy do naszych przystawek. Zdecydowaliśmy się na neutralny chleb na zakwasie (najlepszy chleb na zakwasie jaki jadłam w UK, poza tymi domowymi) . W białych rękawiczkach ukrojono nam po dobrej pajdzie.


Appetiser

Celeriac velouté served with chestnuts and apple
(Philipponnat Royal Reserve Champagne, France)

Przyszła pora na pierwsze danie: amuse bouche, małą zupkę na rozbawienie naszych buzi, jak sama nazwa wskazuje. A była to  aksamitna zupa z selera z grzaneczkami, jabłkiem i kasztanami. Velouté - jak nas poinformowano, czyli albo idealnie gładka gęsta zupa albo klasyczna francuska receptura na jasny sos na bulionie z zasmażką. Brzmi ciężko, gęsto i lepko? Wręcz przeciwnie. Była wręcz puchata, jeśli tak można powiedzieć u zupie, złamana kwaśnym jabłkiem i malutkimi grzaneczkami.


Shellfish Rockpool 

A rockpool of West Coast shellfish served with sea vegetables in a shellfish consommé
(Three Choirs, Coleridge Hill, Gloucestershire, England, 2010)

Przed przystawką czekało nas jeszcze jedno małe danie i zaserwował nam je sam Tom Kitchin. Przywitał nas w restauracji, spytał czy jesteśmy gotowi na menu, wytłumaczył ideę drugiego małego dania. W głębokich talerzach dostaliśmy ułożone misternie owoce morza, kawior i wodorosty. Szef wytłumaczył, że inspirował się tym, co najlepsze dają szkockie wody - ostrygi, krewetki, ogony racze. Powiedział, że mamy sobie wyobrazić, że to jest kawałek wybrzeża i nadchodzi przypływ - w tym momencie z porcelanowego garnuszka wlał nam do talerzy esencjonalny bulion (consommé) ze skorupiaków. Efekciarskie pomyślicie? Może trochę w tym popisywania się, ale smak! Od tych wszystkich świeżych owoców morza aż biło słodyczą. Kuleczki kawioru pękały radośnie, a bulion "spiął" to wszystko w jedną harmonijną całość.



Razor Clams (Spoots)

Razor clams from Arisaig, cooked to order and served with diced vegetables, 
chorizo and lemon confit
(Semillon “Margaret”, Peter Lehman, Barossa, Australia, 2005)

Czas na główną przystawkę - znowu co dobrego Szkocji dało morze, czyli okładniczki. Podane w ich podłużnej muszli, ale już posiekane z warzywami, chorizo, w niezwykle delikatnym, lekko cytrusowym śmietanowym sosie. Na górze konfitowana (wiem takiego polskiego słowa oficjalnie nie ma, confit - obróbka termiczna w dużej ilości tłuszczu i niskiej temperaturze) cytryna i kawałek kalmarów. Wyczyściłam chlebem puste muszle, tak mi było szkoda tego sosu! 



Pig’s Head & Scallop 

Boned and rolled pig’s head, served with seared hand-dived Orkney scallop and crispy ear salad
(Gewurztraminer Hugel, Alsace, France, 2009)

Po tym jeszcze nie był czas na jedno z dań głównych... To był czas na sztandarowe, jak nam powiedziano, danie szefa kuchni. A był nią mały kotlecik ze świńskiej głowizny, podany z ręcznie łowionym przegrzebkiem z Orkadów, smażonym chrupkim uchem świńskim, sosem z kuminu i sałatką, bardzo podobną do gęstego sosu tatarskiego. Głowizna zasługuje na szczególną uwagę - wieprzowina, która kryła się pod delikatną, kruchą panierką była lepka, delikatna i bardzo intensywna w smaku - kwintesencja wieprzowego smaku jest właśnie w tych kąskach, a nie polędwicy - pomyślałam.  Ucho świńskie było  niezwykle cienko pocięte, ułożone w misterną konstrukcję i usmażone - naprawdę chrupkie. Przegrzebek delikatnie usmażony, mięsisty, słodki i co ważne - ręcznie odławiany, jak dotąd nie wierzyłam, że to ma  taki wpływ na smak. Trzy różne smaki, trzy odmienne konsystencje. Potrójna radość dla podniebienia.


Monkfish 

Seared monkfish cheeks from Scrabster and local red mullet served with risotto and 
a lemon buerre blanc
(Etna Rosso, Tenuta Delle, Terre Nerre, Sicily, 2010)

Danie rybne, czyli jedno z dwóch dan głównych. Szef Kitchin trafił w mój czuły punkt - risotto. Delikatne, kremowe, polane klasycznym sosem z masła (beurre blanc) i cytryny. Na górze dwa kawałki ryby - policzek żabnicy, zwarty, mięsisty, ale delikatny, a także barwena, która rozpływała się w ustach.

  Woodcock 

First of the season Perthshire woodcock served with pumpkin, salsify and a sauce ‘salmis’
(Carmenere ‘Orzada’ Odfjell, Maule Valley, Chile, 2008)

Ostatnie danie przed deserem, to było danie mięsne. Przyznam szczerze - spodziewałam się dziczyzny, ptactwa, czy może sarniny. Nie spodziewałam się dostać trzech kawałków słonki, z których jeden to była połowa głowy z dziobem i móżdżkiem. Przyznam, że zatkało mnie chwilowo, ale gdy doniesiono mi miseczkę z wodą z cytryną i dodatkową serwetkę do oczyszczenia dłoni, zabrałam się rękami za obgryzanie nogi i chrupanie głowy. Osobliwe to było, ale bardzo smaczne. Pod spodem była usmażona, soczysta pierś. Nie lada gratka dla wielbicieli smaku dziczyzny - był bardzo specyficzny. Do tego wyrazisty ciemny sos, pure z dyni i kilka usmażonych kostek z wężymordu (inaczej skorzonery) i warzyw. Jako, że nie jestem wielką fanką smaku dziczyzny, to danie najmniej trafiło w mój gust. Było smaczne, ale chyba nie zamówiłabym go drugi raz, w przeciwieństwie do wszystkich pozostałych.

Przed deserem zaproponowano nam wybór serów i porto, ale musieliśmy odmówić. Ledwo dokończyliśmy poprzednie danie, a jeszcze czekał na nas deser.


Pumpkin 

Spiced pumpkin custard served with maple and pecan ice cream and candied pumpkin
(Kanu Kia-Ora late harvest, Stellenbosch, South Africa, 2008)

A na deser... Och deser. Zrobiony z... warzywa. Korzenny budyń z dyni serwowany z kandyzowaną dynią, pestkami dyni, cukrowym szkiełkiem i lodami z pekanów i syropu klonowego. Orgia smaków i cały wachlarz różnych konsystencji. Tu coś się rozpływało w ustach, tam coś chrupało. Dla mnie deser idealny.

Zachęceni widokiem świeżej mięty zrezygnowaliśmy z kawy na rzecz naparu ziołowego i zaserwowano nam po cztery małe słodkie przekąski - truflę z ciemnej czekolady, nugat z pistacjami, różowy makaronik i mini tartę z masą migdałową (frangipan). 100% tego co sama bym wybrała. Każdy kęs był rewelacyjny.


Kilka słów o winach. Dobór był moim zdaniem trafny, ale przyznaję, że nie jestem koneserem win. Konkretne nazwy, kraj pochodzenia i roczniki podałam w nawiasach przy daniach. Jedno wino nie do końca trafiło w mój gust, a było to wino zaserwowane z głowizną świńską. Rozumiem dobór wina intensywnego, mocnego, ale pewne nuty, jakby kwiatowo - owocowe nie trafiły do końca w mój gust. Natomiast wiadome było, że to tego dania wieprzowego, intensywnego, lepko - chrupiącego nie można podać delikatnego wina.  No cóż, to konkretne akurat nie było w zgodzie ze mną, a raczej jakaś jego nuta. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie wino deserowe podane do budyniu z dyni. Nie jestem fanką win deserowych, być może nie piłam jeszcze tych smacznych. To wino mimo, że dość kwiatowe nie zniechęcało zbytnią perfumowatością, jeśli mogę to tak nazwać. Uzupełniało nasz deser bardzo dobrze. Moim absolutnym faworytem było wino drugie (angielskie - dla mnie nowość), a także te dwa podane do ryby (lekkie czerwone wino) i dania z dziczyzny - to ostatnie głębokie, intensywne, garbnikowe.

Kilka uwag końcowych. Szef kuchni, Tom realizuje ideę "From nature to plate" ("Od natury na talerz"  albo "Z natury na talerz"?), co przejawia się tym, że gotuje ze składników sezonowych i  dużej mierze lokalnych. To gwarantuje świeżość dań, a znajomość klasycznych francuskich technik gotowania i innowacyjność szefa kuchni powoduje, że do brytyjskiej kuchni wprowadzony jest powiew świeżości. Malkontentów narzekających na to, jak uboga jest brytyjska kuchnia powinno się wysyłać do The Kitchin na re-edukację.  

A i jeszcze ceny: za menu degustacyjne 70 funtów od osoby, za lampkę szampana na powitanie i lampkę wina o regularnym rozmiarze do każdego dania trzeba dopłacić 50 funtów od osoby. Woda mineralna uzupełniana przez cały wieczór przez kelnera to 4 funty. Napiwek nie jest doliczany automatycznie, ale dla stolików od 8 osób i więcej 10% będzie doliczone do końcowego rachunku.

Z całego serca i wszystkimi kubkami smakowymi polecam to miejsce. Muszę przyznać, że po paru dniach nadal nie pozbierałam szczęki z podłogi i ciągle żyję tą kolacją. 

Szef Tom Kitchin i ja :)



































The Kitchin
78 Commercial Quay
Leith, Edinburgh EH6 6LX
Tel. 0131 555 1755
Fax 0131 553 0608
Email info@thekitchin.com
Otwarte:

Wtorek - czwartek     12.15pm -2.00pm
                                  6.30pm to 10.00pm
Piątek - sobota          12.15pm - 2.00pm
                                  6.30pm to 10.30pm

Na stolik w sobotni wieczór czekaliśmy 5 miesięcy. Proszę to brać po uwagę przy ewentualnych planach.

27 września 2011

Gdzie jeść? "The Secret Teacup", Clapham*

 


Idea ukrytych restauracji czy klubów kolacyjnych (o których napiszę ciut więcej za kilka dni przy okazji recenzowania nowej książki kucharskiej), szczególnie tych sekretnych bardzo mnie ekscytuje. Przyjęcia odbywają się z reguły w prywatnych domach, gospodarze niejednokrotnie to świetni kucharze i dusze towarzystwa. Często za niewielkie pieniądze można zjeść naprawdę smaczny posiłek, ale także społeczna strona takiego przedsięwzięcia jest dość ciekawa - nigdy nie wiadomo kto się pojawi, z kim będzie nam dane dzielić wieczór i miejsce przy stole. 

Wiedziałam, że prędzej czy później będę potrzebować odmiany od chadzania do zwykłych lokali i wybiorę się do jakiejś ukrytej restauracji. Mój pierwszy wybór padł jednak na ukrytą kawiarenkę, po pierwsze dlatego, że okazało się, że mieści się tylko godzinę drogi ode mnie, a po drugie podobały mi się zdjęcia tego miejsca, znalezione na stronie internetowej.


Ukryta kawiarenka The Secret Teacup jest urządzona w jadalni pewnego starego domu na jeden z farm niedaleko miejscowości Clapham, położonej na obrzeżach "naszego" parku narodowego - Yorkshire Dales National Park. Gospodyni tego miejsca jest również autorką bloga Tales of Ted and Agnes, polecam szczególnie tym, którzy  interesują się szeroko pojętymi robótkami ręcznymi. Udaliśmy się do niej na typowe niedzielne angielskie popołudnie przy herbatce. 

Gospodyni była bardzo ciepła i sprawiła, że czuliśmy się w jej domu komfortowo. W piecyku pięknie grał ogień, jedzenie było smaczne i ładnie podane, wybór herbat interesujący. Jest to z pewnością miejsce dla osób, które lubią domową atmosferę, wypieki bez kompromisów - na swojskich jajkach i prawdziwym maśle,  a także chciałyby nacieszyć oczy niezwykłą kolekcją porcelany. 


Uwielbiam spędzać czas z ludźmi, którzy mają taką pasję dla pieczenia, wymyślania menu i dekorowania stołu, tak więc trafiłam w odpowiednie dla siebie miejsce. To było bardzo smaczne popołudnie i hołd dla angielskiej tradycji popołudniowej herbatki, która zawsze jest pretekstem do przekąszenia czegoś smacznego.** Oto co było podane, rozpisywać się bardziej nie będę, niech zdjęcia opowiedzą historię.


~MENU~

...SANDWICHES... (KANAPKI)
Potted salmon with Rocket (łosoś w formie pasty i rukola)
Egg Mayonnaise & Red Cress (jajka w majonezie i rzeżucha)
Cheese & Homemade Pickle (ser i domowe pikle)





...SAVOURIES... (WYTRAWNE PRZEKĄSKI)
Goats Cheese & Onion tartlets (tarteletki z kozim serem i czerwoną cebulą)
3 Cheese twists (świderki z 3 serami) 



...CAKES... (CIASTKA)
Lemon & Lime Drizzle Cake (ciasto cytrynowo - limonkowe, lukrowane, przełożone cytrynowym kremem na bazie masła i żółtek - tzw. lemon curd)
Jammie Dodgers (maślane, kruche ciastka a la markizy z dżemem i kremem)
Sticky Maple Buns (bułeczki drożdżowe z syropem klonowym i orzechami)
Hedgerow Tea Loaf (tradycyjna babka herbaciana z bakaliami)
Scones with Cream & Jam (sconesy ze śmietaną i dżemem)





* Północne Yorkshire
** o angielskich ciastach pisała nie tak dawno Ania.

P.S. Pod względem towarzyskim to popołudnie nie udało się do końca - 5 osób w ostatniej chwili odwołało swoją rezerwację. Mimo wszystko udało mi się poznać sympatyczną blogerkę, autorkę bloga Kat got the cream.

W drodze powrotnej trafiliśmy na typowy dla Yorkshire korek!

7 września 2011

Gdzie jeść? "Lolli", Piglio*

Są takie miejsca, których nie znajdziecie w przewodnikach turystycznych, na szczęście ktoś kogo znacie, już tam był i gorąco polecił. Do Piglio, poza tym, że to bardzo urokliwe miasteczko, z uliczkami wąskimi na półtorej metra i pięknym widokiem na dolinę, wybrać się warto choćby po to, aby uzupełnić zapasy wina w lokalnych cantina sociale. Cesanese del Piglio nie jest może tak rozsławioną gwiazdą jak toskańskie Chianti, ale jest to wino smaczne, szczególnie jeśli weźmie się stosunek ceny do smaku, to powiedziałabym, że wino bardzo smaczne. Z różnych przez nas zakupionych w cenie od 3.5 do 8.5 euro za butelkę, żadnego - białego (Passerina del Frusinate) czy czerwonego nie powstydziłabym się podać gościom do dobrej kolacji.  


Jeśli jesteście fanami pysznej, prostej, domowej kuchni serwowanej we wnętrzach, powiedzmy dość zgrzebnych, to także warto się wybrać w okolice Piglio. Postawiona przy drodze i trącąca nieco prowizorką trattoria "Lolli" to prawdziwa przystań dla smakoszy, którym w smak jest siedzieć przy stoliku z pstrokatą ceratką, pić wino z karafki będąc bacznie obserwowanym przez świętą rodzinę z kiczowatego obrazka. Jedyne na co trzeba się nastawić, to spędzenie tam co najmniej dwóch godzin. 


Tyle bowiem, albo nawet ciut dłużej trwała nasza uczta, podczas której zjedliśmy i wypiliśmy:

- litrową karafkę białego wina
- 1.5l butelkę wody
- dwa talerze przystawek - szynki, salami, coś w rodzaju salcesonu, kawałek zimnej pieczeni wieprzowej, karczochy, oliwki, kiełbasę i ser, a do tego jakieś pikle. 
- dwa kawałki chleba podpieczonego na palenisku z żywym ogniem i żeliwną kratą, polanego obficie oliwą i posypanego solą 
- koszyk chleba 
- dwie porcje tagliatelle alla ragu - do wyboru był ser do posypania: pecorino lub parmezan 
- jeden wielki stek wołowy z grilla, podany z cytryną
- cicorię podsmażoną w oliwie 
- kilka kruchych ciasteczek 
- dwie porcje sorbetu cytrynowego
- dwie kawy 
- po trzy naparstki likieru na głowę (no dobra, na trawienie, he, he)






Ktoś się jeszcze dziwi, że siedzieliśmy tam ponad dwie godziny? Potrafimy zjeść dużo, ale co będę owijać w bawełnę - stamtąd wyszliśmy po prostu nażarci do granic możliwości. Wszystko nam szalenie smakowało. Za tę ucztę dodatkowo ubarwioną przez piękny widok z okna, a także sympatycznego kelnera, który dorzucał drzewo do ognia, zapłaciliśmy 69 euro.

Polecam!



Trattoria Lolli 
Piglio
via Prenestina km. 43,700. 
Italia 
Tel. 0775/501115, komórka 3395029036

Na wizytówce nie ma godzin otwarcia, podano za to, że jest nieczynna w czwartki. 


* Frosinone, region Lazio