

Moje dzieciństwo przypadało na przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wtedy przedmiotem pożądania były gazowane oranżady, w których królowały składniki typu E... i tu dopiszcie sobie odpowiednią cyfrę. Ale jak to smakowało! Jak się po tym bekało!
Wtedy kompot przygotowany w domu nie budził większych emocji - większość z nas duszkiem wypijała zawartość szklanych butelek z osiedlowego spożywczaka. Na miejscu, aby nie płacić kaucji za butelkę.
Dziś słodkie napoje gazowane mogłyby dla mnie nie istnieć, a ja staram się wracać do domowych receptur i dodawać im coś od siebie, jakiś niespotykany dwadzieścia lat temu twist.
Oto kompot rabarbarowy, który świetnie gasi pragnienie - jest kwaskowaty, ma nutę korzenną, a dzięki mięcie i limonce jest niezwykle orzeźwiający.
Kompot rabarbarowy
Składniki na 1.5 litra
500g rabarbaru
1.5l wody
8 łyżek cukru (użyłam drobnego złocistego)
4 goździki
sok i skórka otarta z jednej cytryny
kilka gałązek świeżej mięty
limonka
Wodę zagotowałam ze skórką cytrynową i goździkami, następnie dodałam cukier i wymieszałam dokładnie, aby się rozpuścił. Dorzuciłam rabarbar pokrojony w 1cm kawałki i gotowałam 15 minut na małym ogniu.
Wyłączyłam, wcisnęłam sok z cytryny, wymieszałam i odstawiłam do ostygnięcia. Włożyłam na noc do lodówki.
Następnego dnia odcedziłam kompot dwukrotnie. Pierwszy raz na gęstym sicie, drugi raz przez gazę. Przelałam do karafki, do której włożyłam ćwiartki limonki i gałązki mięty. Najlepiej smakuje mocno schłodzony, więc można serwować go z kostkami lodu.
Ponieważ moje dzieciństwo przebiegało w tych samych latach, dobrze wiem o czym piszesz:). Ponieważ już jestem duża:) moje smaki sie zmieniły i chętnie wypróbuje Twój cudownie wyglądający kompot. Jeśli smakuje choć w połowie tak dobrze jak wygląda musi być przepyszny
OdpowiedzUsuńtaaak oranżada wypijana pod sklepem to było to ;-) :D a zdjęcie kompotu jest cudowne, takie magiczne :)
OdpowiedzUsuńNajlepszą oranżadę robił mó Tato. Miał w tych czasach własną wytwórnię. Bek był przedni po takim napoju hihihi...
OdpowiedzUsuńŚwietne fotki, bardzo :)
ten kompot wygląda tak kwitnąco dzięki tej mięcie :) wspaniały
OdpowiedzUsuńNO właaaasnie oranzada to było coś! Latem zrobilam sentymentalną podróż w czasie i zabrałam lubego na oranzadę do cukierni:) Nie moglismy wypic tej jednej buteleczki, a pamiętam czasy, gdy piło się po dwie butle na jedno wejście! Ech, starosc nie radość.
OdpowiedzUsuńI kompociki polubiłam. Rabarbarowy - tak!
piękny ma kolor
OdpowiedzUsuńtysiąc razy bardziej wolę taki domowy kompot niz kupne coś
dzisiaj też ugotowałam, ale był zdecydowanie bardziej blady, mimo wszystko pyszny
Kocham kompot rabarbarowy! Twój z pewnością by mi smakował, dodaję te same przyprawy, choć nie sprawdzałam jeszcze wersji z limonką.
OdpowiedzUsuńZdjęcia przepiękne!
Pozdrowienia:)
To ma być kompot z raberbaru? To jest jakiś wytworny pącz, nie kompot! A gdzie kubek emaliowany z odpryskiem, gdzie rozwłóknione flupy? Co to za pomysł z limonką, rodem z enerefu? Mięta? W kompocie? Mięta to jest w paście do zębów, albo w pewexowskiej gumie do żucia, ot co!
OdpowiedzUsuńPodpadacie obywatelko, podpadacie. A już myśleliśmy o talonie na wczasy w Bułgarii dla Was...
No wlasnie, to jakis wytworny pącz, ten kąpot :)
OdpowiedzUsuńRację ma Kucharz w miętą i rozwłóknionymi flupami :)
Wygląda apetycznie, ten Wasz pącz, że powtórzę za Kucharzem...- przodownicą pracy, hi hi.
A jaki dobry na kaca, prosto z lodówki, z samego rana ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Rafał.
Dziękuję Wam bardzo za odwiedziny i pozostawienie komentarzy. :)
OdpowiedzUsuńKaczucho, mam nadzieję, że będzie Ci smakował. :)
Chantel, dziękuję. Wprawdzie byłam na wpół żywa, jak robiłam to zdjęcie, ale na szczęście nie odbiło się to na jakości. ;)
Mafilko, to oranżady musiałaś mieć pod dostatkiem. :D
My, jak za różem nie przepadam, tak w tym kompocie cały urok w kolorze. :)
Aniu, ja nawet nie wiem, gdzie w czasach wszechobecnej coca-coli jeszcze serwują taka oranżadę na miejscu... A chętnie bym spróbowała. W Krakowie piłam gruzińską w restauracji - nie powiem, ciekawa była. ;)
Anno-Mario, pasowałby też cynamon, muszę następnym razem wypróbować. I zastanawiam się nad pasteryzacją na zimę. Taki aromat w środku zimy może podnieść poziom endorfin. ;)
Szalony, kajam się, ale aluminiowej chochli nie posiadam. ;) Ale na wczasy do Bułgarii to ja chętnie, zawsze. Ładna pogoda, życzliwi ludzie, a jedzenie i wino - fiu, fiu!
Magdo, pącz, kąpot, niech Wam będzie jak am chcecie. ;) Przodowniczka szaleje - widziałaś jej pycce? ;)
Rafale, o tak. Ja wprawdzie nie kaca, ale potworny ból głowy miałam i pierwszą rzeczą wyciągniętą z rana z lodówki była karafka z kompotem. :)
Pozdrowienia i podziękowania dla wszystkich! :)
Fascynuje mnie, jak potem wyjęłaś te limonki z karafki... A kompot właśnie się gotuję
OdpowiedzUsuńAniu, pokrojone byly w cwiartki, ktore z latwoscia weszly i wyszly z karafki. :)
OdpowiedzUsuń
OdpowiedzUsuńTen kompot ambrozja, czy nektar - już sama nie wiem jak najlepiej - wygląda bajecznie i tak też na pewno smakuje, piękne zdjęcia :):):)