30 października 2010

Aukcja dla Kubusia

Kochani!

Zapraszam serdecznie do udziału w aukcji dla Kubusia (informacje o nim możecie znaleźć tutaj).

Zwycięzca otrzyma ode mnie kulinarne DVD z popularnym szefem kuchni Jamesem Martinem w roli głównej (nota bene pochodzi on z Yorkshire). Przesyłka możliwa do każdego kraju UE.

Aby wziąć udział w aukcji kliknij tutaj.

28 października 2010

Pasta z kopem!




Najsmaczniejsza pasta z makreli jaką jadłam. A miałam traumę z przeszłości, wspomnienie pasty rybnej, którą zaserwowano mi na koloniach letnich, zrobionej z... chyba wolę nie wiedzieć z czego. Jednak gdy zobaczyłam wędzoną makrelę, to musiałam ją kupić i znaleźć ciekawy przepis na jej wykorzystanie, bo to był jeden z tych impulsów, którym ciężko mi się oprzeć. I jak zwykle nie zawiodłam się na przepisie Jamiego, znalezionym na stronie Daily Mail, która niestety już w sieci nie istnieje. Ale przepis prosty jak drut, więc go zapamiętałam i dziś się z Wami dzielę.

Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do dodania takiej ilości chrzanu, jaką podawał Jamie, więc dodałam połowę, ale szybko zmieniłam zdanie. To właśnie chrzan daje paście charakterystyczny kop.

Jamie proponował duże ilości, tak aby zaspokoić tłumy na przyjęciu gwiazdkowym, ja zrobiłam z połowy porcji i kilka dni później pobiegłam po więcej makreli, bo ta pasta naprawdę wciąga. Wystarczy do niej dobry świeży chleb, lub nieco starszy, ale lekko grillowany. Podaję ilości, z których ja robiłam.



Pasta z wędzonej makreli

400g wędzonej makreli
190ml gęstej kwaśniej śmietany
3 łyżeczki chrzanu
sok i skórka otarta z jednej cytryny
spora garść natki pietruszki, posiekanej
świeżo zmielony czarny pieprz

Makrelę oskórowałam i podziabałam widelcem w misce. Dodałam śmietanę, większość pietruszki, sok i większość skórki cytrynowej, chrzan, pieprz i wymieszałam dokładnie.

Serwowałam na grzankach, posypane natką pietruszki i skórką cytrynową.

25 października 2010

Aż cieplej na duszy (i żołądku)...




Skoro pokazałam Wam, jak zrobić domową harissę, to teraz wypadałoby pokazać jakieś danie z wykorzystaniem tej pasty. Wybór był naturalny, czyli danie inspirowane kuchnią Północnej Afryki.

Gdy w zeszłym roku mieliśmy okazję spróbować marokańskiej kuchni u źródeł zakochaliśmy się w tych daniach - aromatycznych, rozpływających się w ustach, drażniących kubki smakowe wieloma różnymi przyprawami. Czasem ciężko takie danie zacząć jeść, bo sam jego zapach, mieszanka aromatów pochodząca od licznych ziół i przypraw powoduje, że aż chce się zamknąć oczy i wdychać głęboko. Wierzcie mi, że sam zapach potrafi przyprawić o ekstazę. Z tego powodu szczególnie wielbicielom dobrej kuchni polecam wizytę w Maroko i zjedzenie czegoś, co przygotują lokalni w swoich knajpach, czy na targach. To tam właśnie poznacie istotę lokalnej kuchni, a nie w hotelowych restauracjach, które lubią przystosowywać swoje dość bezpieczne menu do podniebienia przeciętnego europejskiego turysty.

W domu, choć nie mam tradycyjnego naczynia tagin, to lubię czasem spróbować stworzyć dania inspirowane kuchnią Północnej Afryki. Lubię, gdy aromat przypraw wypełnia nasz dom, gdy na dworze zimno.

Przepis na to danie znalazłam w październikowym wydaniu magazynu "Good Food", ale zmieniłam go nieco. Podaję moją wersję.

Kurczak w stylu marokańskim


2 porcje


2 piersi kurczaka, filety, bez skóry (można użyć innych części z kością, ale wtedy wydłużyć czas duszenia)
1 płaska łyżka harissy
2 łyżki neutralnej oliwy
1 cebula, obrana i pokrojona w półplasterki
1 ząbek czosnku, obrany i drobno posiekany
1 duży pomidor, obrany, wypestkowany i drobno pokrojony
ok. 200ml bulionu z kurczaka lub warzywnego
8 suszonych moreli
garść podsuszanych czarnych oliwek z pestką
łyżeczka miodu
1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
sól
pieprz

natka pietruszki lub kolendry do posypania

Kurczaka nasmarowałam harissą i zostawiłam w lodówce na cały dzień. Można to zrobić na 2 godziny przed gotowaniem.

W rondlu rozgrzałam 1 łyżkę oliwy i obsmażyłam kurczaka z wszystkich stron, wyjęłam z rondla i odłożyłam na bok.

Do tego samego rondla dodałam resztę oliwy, cebulę i smażyłam 3 minuty, aż nieco zmiękła, następnie dodałam czosnek i smażyłam jeszcze minutę. Dodałam pomidory, bulion, miód, cynamon i włożyłam do rondla mięso. Dorzuciłam morele, miód, delikatnie posoliłam i zmieliłam nieco pieprzu, przykryłam i dusiłam 15 minut. Po tym czasie dodałam oliwki i dusiłam jeszcze 5 minut.

Kurczaka przed podaniem pokroiłam w plastry, serwowałam z sosem oraz


Pure ze słodkich ziemniaków (batatów)


2 porcje


2 duże bataty, obrane i pokrojone w dużą kostkę
sól
odrobina świeżo zmielonej gałki muszkatołowej
1 łyżka neutralnej oliwy

Ziemniaki ugotowałam w osolonej wodzie do miękkości, odcedziłam, dodałam oliwę, gałkę muszkatołową i ugniotłam na gładkie pure.

Danie posypałam pietruszką, bo kolendra wyszła, choć tak naprawdę to aromat kolendry dopełniłby dzieła.

Inne danie w stylu marokańskim znajdziecie tutaj.

21 października 2010

Diabeł tkwi w szczegółach




Kiedy czytałam o standardach wymaganych w restauracjach pretendujących do gwiazdek Michelin pomyślałam sobie początkowo, że to szaleństwo. Nie dość, że taką gwiazdkę szalenie trudno zdobyć, to jeszcze można ją bardzo szybko utracić, jeżeli standard nie jest utrzymywany na wysokim poziomie. Stałość poziomu usług, to coś, co jest cenione przez konsumentów, tym bardziej przez inspektorów Michelin. Dzięki temu idąc do danego lokalu wiemy dokładnie czego się spodziewać. Konkretne danie, które opuści kuchnię będzie smakowało i wyglądało tak samo, niezależnie od tego kiedy odwiedzimy gwiazdkowy lokal. Każde, niezmiennie, niezależnie od tego, kto je przygotuje. Dyscyplina jak w wojsku (i atmosfera nierzadko taka sama od zaplecza, ale to temat na inny post).

Jeśli chodzi o szczegóły, to np. warzywa w daniach pokrojone są w idealną kostkę (to ma sens! gotują się w tym samym czasie, nie ma mowy, że jedne będą rozgotowane, a inne twardawe), przygotowanie wszystkich produktów wykorzystywanych w daniach własnoręcznie. Nie ma mowy o półśrodkach, nie ma mowy o bulionie z kostki, nie ma mowy o kupnych sosach. Gwiazdka Michelin to prestiż za którym także stoją wielkie pieniądze - gwarantuje ona pełną restaurację na kilka miesięcy w przód. I wierzę, że wizyta w takiej gwarantuje niezapomniane wrażenia.

Czy te drobne szczegóły naprawdę robią taka różnicę? Otóż po kilku latach gotowania w domu, próbowania dań od różnych szefów kuchni, zagłębiania tajników gotowania wiem na pewno, że właśnie takie drobne szczegóły wynoszą danie do ekscytującego poziomu.

Z tego samego powodu wierzę, że to własnoręcznie przygotowane produkty, które potem użyjemy do gotowania jakiegoś dania powodują to "WOW", to coś, czego być może nie do końca jesteśmy ustalić kubkami smakowymi, ale wyraźnie czujemy, że to danie jest inne. Lepsze.

I być może jestem dziwakiem i snobem, ale uważam, że nigdy kupne pesto, ciasto francuskie czy bulion nie będą tak samo dobre jak te zrobione w domu. Oczywiście są sytuacje, że nie mamy czasu i korzystamy z takich produktów - ale nie ma się co oszukiwać - to się odbija na smaku potrawy. Dla mnie to dążenie do lepszego poziomu jest istotne, bo jedzenie, to nie tylko zaspokojenie głodu...

Dziś pokazuję Wam moją domową harissę (pastę z chilli wykorzystywaną w kuchni Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu), która okazała się być o niebo lepsza od kupnej.



Harissa

przepis z magazynu "Good Food", wrzesien 2010
na ok. 5 łyżek (1 łyżka piekielnie zaostrzy duży garnek jedzenia)


10 świeżych, czerwonych chilli, wielkości palca (to bardzo umowne, chodzi po prostu o te dłuższe, a nie te malutkie papryczki)
1.5 łyżeczki całej kolendry
pół łyżeczki całego kuminu
pół łyżeczki całego kminku
3 ząbki czosnku obrane i z grubsza posiekane
pół łyżeczki soli morskiej, najlepiej w płatkach
2 łyżki koncentratu pomidorowego
2.5 łyżeczki soku z cytryny
1 łyżka oliwy (nie extra virgin, bo ta ma za mocny smak)
7 kropli wody różanej (opcjonalnie, ale gorąco polecam!)

Na mocno rozgrzanej patelni na sucho usmażyłam papryczki, aż ich skora pokryła się czarnymi bąblami. Przełożyłam do foliowego woreczka, zamknęłam go i odłożyłam na 10 minut.

Na tej samej patelni, ale już na mniejszym ogniu uprażyłam na sucho kumin, kolendrę i kminek. Potrząsałam nią co chwilę, aby przyprawy się nie przypaliły, po ok. 2 minutach, gdy mocno pachniały przełożyłam je do moździerza. Utłukłam dość mocno.

Papryczki obrałam ze skóry i wypestkowałam. Albo róbcie to w rękawiczkach, albo po tej brudnej robocie nasmarujcie dłonie odrobiną oleju, a potem dopiero myjcie mydłem. Kapsaicyna zawarta w papryczkach nie rozpuszcza się w wodzie (za to w alkoholu i tłuszczach), więc po umyciu rąk woda z mydłem nadal możecie mieć przykre niespodzianki typu pieczenie oka, czy innych części ciała... (działa na wyobraźnię, chyba szczególnie panów, uważajcie z korzystaniem z toalety, hi, hi!). Wysmarowanie rąk olejem, a potem umycie wodą z mydłem powinno załatwić sprawę.

Obrane papryczki utarłam z przyprawami, czosnkiem i solą. Następnie dodałam koncentrat, sok z cytryny i wodę różana. Wymieszałam dokładnie, przełożyłam do słoiczka, zakręciłam szczelnie i przechowuje w lodówce. Niestety nie napisano jak długo można to trzymać w lodówce, więc na razie testuję małą porcję - 2 tygodnie i jest nadal OK. Myślę, że przykryta warstwą oliwy, która odseparuje dostęp powietrza wytrzyma długo. Zastanawiam się, czy nie zamrozić kolejnej porcji w formie na kostki do lodu.

Jeśli przygotowujecie harissę i chcecie wykorzystać ja tego samego dnia do jakiegoś dania, należy ja przygotować co najmniej godzinę wcześniej, aby smaki się połączyły.

Pasta jest idealna do wszystkich dan mięsnych, jak ktoś lubi na ostro, można nią potraktować warzywne szaszłyki, rozgrzewające zupy, wszelkie jednogarnkowce, którym chcecie nadać kopa. Świetnie komponuje się z daniami z soczewicy, czy fasoli.

Jeśli harissa z podanego przepisu jest dla Was za ostra, to można ją złagodzić przez dodanie oliwy, przestrzegam jedynie przed dodawaniem oliwy extra virgin, bo zdominuje smak papryczek.

19 października 2010

Są ravioli, jest stłuczony paluch



Jeśli komuś się znudziła dynia, to nie jest najlepszy wpis dla niego. I pewnie to warzywo pojawi się jeszcze w najbliższych tygodniach... Dynia króluje w październiku i od ładnych kilku lat kusi, abym zrobiła z niej nadzienie do ravioli. Nadzienie, jak nadzienie - pestka! Gorzej z nastawieniem do produkcji własnych ravioli.

Moment przełomowy nastąpił podczas produkcji własnego makaronu, przy okazji zwalczania kolejnego demona kuchennego. Maszynka jest, dynia jest, demona już nie ma. Co zrobić? Ravioli z dynią.

Efekty? Pyszne własne ravioli, które przyprawiły mnie o dobry humor i rozpierająca dumę. Nawet jeśli kuchnia wyglądała jak po armagedonie, a ja mam stłuczony wielki paluch u nogi, bo kręcąc intensywnie jakoś (nie wiem do dziś jak...) wyrwałam rączkę z maszynki i z hukiem opuściłam ją wprost na mój palec. Ale warto było.





Ravioli z dynią i masłem szałwiowym


4 porcje

Ciasto

220g mąki makaronowej typu '00'
2 jajka w temperaturze pokojowej
1 żółtko j.w.
szczypta soli

Mąkę przesiałam, dodałam sól, zrobiłam wgłębienie i wbiłam do niego jajka. Używając opuszków palców rozgniotłam żółtka i zaczęłam mieszać je z mąką okrężnymi ruchami. Dzięki temu mąka powolnie łączyła się z jajkami. Używając rąk zagniotłam ciasto, rozciągając je za pomocą podstawy dłoni, nakładając znowu na siebie i powtarzając ten ruch raz po raz. Ręczne wyrobienie ciasta to kwestia ugniatania przez ok. 10 minut. Ciasto może być sztywne, nie należy go bardzo długo wyrabiać, a zagniecione zawinąć w wilgotną ściereczkę i zostawić na godzinę, aby odpoczęło. W tym czasie nieco zmięknie i będzie bardziej elastyczne.

Farsz

pół średniej dyni piżmowej, wypestkowanej, pozostawionej w skórce
łyżka oliwy
3 łyżki świeżo startego parmezanu
2 łyżki bułki tartej
ok. 30g orzechów włoskich
1 żółtko
odrobina świeżo startej gałki muszkatołowej
pół łyżeczki ziaren kopru włoskiego, zmiażdżonego w moździerzu
sól
świeżo zmielony pieprz

Piekarnik nagrzałam do 180 stopni C. Na blaszce położyłam połowę dyni, skropiłam oliwą i upiekłam, aż miąższ był miękki. Wyciągnęłam z piekarnika i ostudziłam. Po ostudzeniu łyżką wyjęłam cały miąższ ze skórki.

Do robota kuchennego dodałam orzechy, wszystkie przyprawy, miąższ dyni i zmieliłam na pure. Następnie wymieszałam je z parmezanem, żółtkiem i bułką tartą. Zostawiłam w lodówce i zabrałam się za wałkowanie ciasta.

Początkowo ciasto rozwałkowałam wałkiem na grubość ok. 1 cm, aby łatwiej wchodziło do maszyny. Używając najgrubszej opcji rozwałkowałam ciasto, pomagając sobie drugą ręka, aby ciasto nie nachodziło na siebie, nie zagniotło się, czy skleiło. Jeśli jest bardzo klejące, to można podsypać je odrobiną mąki. Kolejno zmniejszałam rozstawienie wałków rolujących i wałkowałam ciasto na coraz cieńszy płat.

Następnie nałożyłam ciasto na siebie, zaginając je w połowie i ponownie na najszerszym ustawieniu wałkowałam je, aby dwa płaty połączyły się ze sobą. Powtórzyłam wałkowanie kilka razy, za każdym razem zmniejszając grubość.

Na jeden rozwałkowany płat nakładałam w równych odstępach nadzienie - wyciskałam je z woreczka, któremu obcięłam róg, bo nie mam szprycy. Mniej więcej ilość jak z kopiastej łyżki, w odstępach ok. 2.5 cm od siebie i ok. 1.5cm od brzegów ciasta. Ciasto wokół nadzienia smarowałam wilgotnym pędzelkiem i nakładałam na górę kolejny płat rozwałkowanego cienko ciasta. Dociskałam wokół nadzienia, delikatnie, starając się pozbyć powietrza. Radełkiem kroiłam na kwadraty, tak aby nadzienie znalazło się na środku każdego. Odkładałam na stolnicę oproszoną mąką.

Nastawiłam wielki garnek z wodą, która zagotowałam z solą. Wrzucałam jednorazowo ok. 8 sztuk i gotowałam ok. 5 minut. Odcedzałam delikatnie łyżką cedzakową.

Podałam z masłem, w którym usmażyłam na małym ogniu kilka listków świeżej szałwii oraz dodałam kilka kropel soku z cytryny. Posypałam lekko parmezanem i świeżo zmielonym pieprzem.

15 października 2010

Jedyna słuszna pizza w październiku




W sezonie szparagowym pokazywałam jedyną słuszną pizzę w maju. Uwielbiam zmieniać dodatki do pizzy w zależności od sezonu. O ile latem wystarczy sam sos ze świeżych pomidorów i ziół, a na górę mozarella, to jesienią sięgam po coś bardziej treściwego. Poza tym o tej porze roku nie zaszkodzi trochę słońca na talerzu, gdy na zewnątrz jest zimno i mokro.

Skoro nastał październik, to musi być pizza z dynią. Podobny przepis widziałam w jakimś starym wydaniu magazynu "Good Food", ale z czasem wypracowałam swój własny, który bardzo polubiłam i powtarzam go z przyjemnością, a dziś dzielę się nim z Wami.

Użyłam dyni piżmowej, bo ma dość zbitą konsystencję i świetnie znosi pieczenie.



Pizza z dynią, kozim serem i rozmarynem

2 średnie pizze



Spód


400g mąki pszennej chlebowej
7g drożdży instant
płaska łyżeczka soli
pół łyżeczki cukru
2 łyżki oliwy
łyżka drobno posiekanego rozmarynu
200-250ml letniej wody

Wszystkie składniki umieściłam w maszynie do chleba i włączyłam program wyrabiania ciasta na pizzę. Ciasto można zagnieść i wyrabiać ręcznie, do uzyskania sprężystej kuli, a następnie umieścić ją w misce, przykryć i poczekać, aż podwoi swoją objętość. To ciasto świetnie rośnie w lodówce, więc można je zrobić dzień wcześniej, lub rano, a przed robieniem pizzy wyciągnąć je z lodówki ok. godzinę przed planowanym pieczeniem.

Sos

200ml siekanych pomidorów z puszki, zmiksowanych na gładką masę
łyżka oliwy
ząbek czosnku, obrany i drobno posiekany
mała cebula, obrana i drobno posiekana
chlust czerwonego wytrawnego wina
szczypta cukru
sól
świeżo zmielony czarny pieprz

Na oliwie zeszkliłam cebulę z odrobiną soli i cukrem. Dodałam czosnek, smażyłam jeszcze minutę, a następnie dodałam wino i poczekałam, aż nieco odparuje. Dorzuciłam pomidory, zmieliłam nieco pieprzu i zredukowałam na małym ogniu, aż sos nieco zgęstniał. Odstawiłam na bok i przygotowałam resztę składników, czyli:

pół średniej dyni piżmowej, obranej, wypestkowanej i pokrojonej w kostkę
łyżkę oliwy
szczyptę cayenne
2 łyżki drobno posiekanego rozmarynu
100g twardego koziego sera, startego na dużych oczkach
3-4 łyżki orzeszków piniowych

Piekarnik nagrzałam do 180 stopni C, już z kamieniem do pizzy.

Na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia wyłożyłam dynię, skropiłam ją oliwą i posypałam solą, pieprzem i cayenne. Upiekłam, aż była półtwarda. Podkręciłam temperaturę do 250 stopni.

Ciasto podzieliłam na dwie części i uformowałam z nich placki. Przykryłam je ściereczką i odłożyłam na 10 minut, aby odpoczęły.

Na plackach rozsmarowałam sos, położyłam dynię, ser, rozmaryn i orzeszki i przełożyłam na rozgrzany kamień. Piekłam do momentu, aż ser się rozpuścił, brzegi były wyrośnięte i zarumienione.

14 października 2010

Urodzinowo!




Życzę Ci, abyś miała taką moc, że jak spojrzysz na dziewczynę, to ona sobie pomyśli "jakbym chciała, aby ona mi zrobiła jakiś zabieg" i zaraz próbowała się umówić, aby potem taka piękniejsza, może nawet nie piękna, ale piękniejsza dzięki Twoim umiejętnościom poszła do Zenka, a Zenek aż odstawił piwo i play station i jęknął z zachwytu mówiąc "od razu widać Bogusia, że jakaś profesjonalistka się Tobą zajęła".

I żeby Zenek od razu też chciał do Ciebie przyjść i dać się pokolczykować byle gdzie, byle przez Ciebie.

I żebyś miała taką moc, żeby zadzwonił sam Darren Aronofsky i powiedział, że błaga Cię abyś pracowała przy jego najnowszym filmie i żeby sobie w duszy powtarzał, że taka szkoda, że Ty zajęta, a on żonaty, bo o takiej kobiecie marzył. I żeby jeszcze powiedział Ci, abyś przy okazji zajęła się brwiami jego żony...

I żebyś miała taką moc, że te kulki, których nazwy nie mogę zapamiętać, te które się podpala wirowały wokół Ciebie na tych łańcuchach, a wszystkim oglądającym szczęki opadały.

I żeby Vincent C. na koncercie w grudniu tak pięknie śpiewał, żebyś sobie przypomniała stare dobre czasy, o których ja myślę często. I żeby to spowodowało uśmiech na Twojej buzi, ciarki na plecach i łezkę w oku.

Choć jak teraz pomyślę, to wiem, że te moce w Tobie tkwią, więc po prostu życzę Ci dobrych ludzi wokół Ciebie, szczęścia, pomyślności i zdrowia.

Całuję mocno i kocham jeszcze mocniej!

13 października 2010

Łatwo, pysznie, kiełbaskowo




Ostatnio nie mam wiele czasu w tygodniu, aby gotować obiady na bieżąco. Stąd wyszukuję wśród wycinków z magazynów kulinarnych, czy w książkach kucharskich przepisy na proste jednogarnkowe dania, które mogę ugotować dzień wcześniej i potem tylko odgrzać. Z wielkim entuzjazmem podjęłam się ugotowania dzisiejszego dania, gdyż przygotowanie zajęło 5 minut, a cała reszta dokonała się sama - w piekarniku. Ja w tym czasie mogłam zająć się czymś innym. A wierzcie mi - czasu mi ostatnio brakuje na wszystkie bardziej lub mniej przyziemne sprawy...

Przepis z jakiegoś starego numeru magazynu "Good Food", nieco zmieniony przeze mnie - nie dodawałam tak dużo bulionu jak proponowali w magazynie, a od siebie dorzuciłam dynię, która jest teraz w sezonie i świetnie pasowała do całego zestawu.


Potrawka z warzyw i kiełbasek


2 porcje

4 surowe kiełbaski wieprzowe (użyłam kiełbasek z czosnkiem i ziołami)
łyżka oliwy
1 czerwona cebula, obrana i podzielona na 8 części
1 żółta papryka, wypestkowana, pokrojona na szerokie paski
pół dyni piżmowej, wypestkowanej, obranej i pokrojonej na słupki wielkości 2 kęsów
400g puszka krojonych pomidorów
ok. 100ml bulionu warzywnego
garść świeżej bazylii
sól
świeżo zmielony czarny pieprz

Piekarnik rozgrzałam do 200 stopni C.

Kiełbaski, paprykę, cebulę i dynię ułożyłam w żaroodpornym naczyniu. Skropiłam oliwą, posoliłam, zmieliłam nieci pieprzu i piekłam przez ok. 20 minut.

Następnie dodałam większą cześć bazylii, zachowując kilka listków do dekoracji. Dorzuciłam pomidory i bulion, wymieszałam i piekłam kolejne 20 minut.

Udekorowałam i serwowałam z chlebem na zakwasie, który skropiłam oliwą i posypałam grubą solą morską i chwilę zapiekłam, przez ostatnie kilka minut pieczenia potrawki.