9 października 2010

Nie lubisz sera? Nawet Wensleydale?!

Dziś zapraszam Was serdecznie na kolejną wycieczkę po mojej okolicy. Tym razem piękny jesienny poranek skusił mnie na wycieczkę do miasteczka Hawes, w sercu parku narodowego, a konkretnie do fabryki serów zwanej Wensleydale Creamery.


Wensleydale to dolina, która rozciąga się po wschodniej stronie pasma gór Penińskich, a w której położona jest m. in. nasza wioska, malownicze wodospady w Aysgarth (gdzie kręcono Robin Hooda – Książę Złodziei), czy Hawes właśnie. Jej nazwa pochodzi od wioski Wensley i o ile mi wiadomo jest jedyna nazwa doliny w Yorkshire Dales, która nie pochodzi od rzeki. Być może świadczy to o tym, ze Wensley była kiedyś ważnym ośrodkiem życia społecznego czy gospodarczego. Przez Wensleydale przepływa rzeka Ure, która wpada do innej płynącej także przez York, i właśnie nazwę Yoredale można jeszcze czasem spotkać na starych mapach. Inne nazwy sąsiednich dolin, które wzięły nazwy od rzek to m.in. Swaledale, Wharfedale, Nidderdale, Coverdale.

Wensleydale oprócz serów jest znana także z zamku Bolton, który widzę z okien mojej kuchni, a w którym w 1568 roku więziona była Maria, królowa Szkotów po porażce w bitwie pod Langside. Natomiast w najmniejszym mieście w Anglii - Middleham, gdzie mieszkaliśmy przez dwa lata można zwiedzić ruiny zamku, w którym wychowywał się król Ryszard III. Ta mieścina to także nie lada gratka dla wielbicieli wyścigów konnych - okoliczne czternaście stajni wyścigowych jest otwieranych dla zwiedzających co rok w Wielki Piątek. Na co dzień na ulicach można spotkać tabuny koni, które udają się na treningi poza miasteczko, na galopy.

Wspomnieć muszę o przepięknej przyrodzie, która przyciąga turystów, a specyficzny mikroklimat i roślinność powodują, że krowy dają mleko o specyficznym smaku, z którego właśnie produkuje się lokalne sery. Stąd ich unikalny smak. I ja te sery degustowałam i Wam o nich napiszę.

Sery, a jest ich w Wielkiej Brytanii ponad 700 gatunków mówią wiele o historii tego kraju, czy specyfice regionu, w którym powstały. Moje lokalne sery tak samo jak zamki mogą poszczycić się w Wensleydale długoletnią tradycją. Otóż w XII wieku zaczęli je wyrabiać w Wensleydale francuscy mnisi cystersi, aby następnie receptury i sposób produkcji przekazać lokalnym kobietom – większość z nich, to były żony farmerów. W ten sposób wiedza i tradycja przetrwały, a mnisi w poszukiwaniu łagodniejszego klimatu i bardziej urodzajnej ziemi przenieśli się ok. 20 mil na wschód – do Jervaulx, gdzie do dziś można oglądać pozostałości po ich opactwie.


Pod koniec XIX wieku procesem produkcji sera zajął się lokalny producent i wyrób sera ruszył na większą skalę. Niestety lata trzydzieste XX wieku przyniosły ze sobą kryzys finansowy i fabryka miała ogromne długi wobec lokalnych farmerów dostarczających mleko. Stanęła przed groźbą zamknięcia.

W 1935 roku lokalny przedsiębiorca zebrał wystarczającą ilość środków finansowych, aby postawić fabrykę na nogi. Udało mu się to, a w 1965 roku zdecydował się sprzedać dobrze prosperujący biznes agencji rządowej zajmującej się kontrolą, produkcją i dystrybucją mleka na terenie kraju. (Milk Marketing Board)

Kolejny kryzys przyszedł w maju 1992 roku, kiedy fabrykę zamknięto, a 59 osób straciło pracę. Pół roku później po ofertach pomocy we wznowieniu produkcji czterech były menadżerów oraz lokalny przedsiębiorca wykupili fabrykę. Produkcję wznowiono przy pomocy grupy byłych pracowników i sery pojawiły się znowu w sprzedaży przed świętami Bożego Narodzenia.

Od tamtego czasu wytwórnia serów radziła sobie co raz lepiej, zdobywając kolejne rynki, nagrody w konkursach, a także zwiększając zatrudnienie. Dziś daje pracę ponad 200 osobom i ma podpisanych wiele kontraktów z sieciami supermarketów, czy delikatesami. Eksportuje cześć serów na rynki światowe.


Tyle z historii, a co o samych serach? Otóż w Wensleydale Creamery produkuje się wiele odmian sera, głownie z mleka krowiego, ale także z owczego. Do wyboru, do koloru. Od łagodnego w smaku i lekko miodowego Real Wensleydale, przez sery pleśniowe jak Jervaulx Blue (zwany poprzednio Blue Yorkshire Wensleydale, ale to powodowało zdezorientowanie klientów - oczekiwali bowiem zamiast kremowego ser o konsystencji typowej dla Real Wensleydale - kruszącej się, dlatego nazwę zmieniono), a także pleśniowe wędzone, co było dla mnie ciekawym zaskoczeniem, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tego typu serami. Najbardziej popularny Real Wensleydale jest dość neutralny w smaku i ma kruszącą się konsystencje. Jego wędzona odmiana zachowuje specyficzne wnętrze, ale skórka ma nieco inny kolor dzięki naturalnemu procesowi wędzenia w dębowym dymie. Producenci szczycą się niedodawaniem chemikaliów w celu otrzymania tego charakterystycznego smaku i zapachu wędzonki.



Jeśli nie przepadacie za serami pleśniowymi, nie musicie się przejmować, gdyż do wyboru są także sery z dodatkami owoców: żurawiną , morelami, ananasem, a także świetny i jeden z moich ulubionych – z imbirem.


A Ci, którym nie w smak sery z owocami, też znajdą coś dla siebie: sery z karmelizowaną cebulą, cebulą balsamiczną, ze zmiażdżonym czarnym pieprzem, czy ze szczypiorkiem. Wszystkie gatunki dostępne w sprzedaży można degustować na miejscu, więc nie ma obawy, że kupi się coś, co nie trafi w nasz gust. Dodatkowo, jeśli macie ochotę sprawić komuś ładny prezent możecie kupić sery pakowane w wosk - wyglądają rewelacyjnie, a pod warstwą kolorowego wosku kryje się ten sam pyszny ser.


Zwiedzając to miejsce warto zacząć od małego muzeum, w którym można obejrzeć film o historii fabryki, a także przyjrzeć się z bliska autentycznym starym przedmiotom do produkcji serów, czy transportu mleka, np. kamiennym prasom sprzed ok. 300 lat czy starodawnym bańkom na mleko, a także maselnicom. Możecie także zajrzeć do kuchni z lat dwudziestych XX wieku. Następnie można zobaczyć samą produkcję sera w obecnych czasach.






Korytarz prowadzi nas obok przeszklonej sali, na której praca wre. Mleko jest pasteryzowane, a następnie przelewane do wielkich wanien, gdzie dodawany jest tzw. starter, który dzięki bakteriom w nim zawartym powoduje, że przy odpowiedniej temperaturze zaczyna ścinać się w ser. W wannach energicznie pracują wielkie mieszadła, po jakimś czasie można zauważyć, że ich zawartość zaczyna zbijać się w grudki.

Gdy osiągną one wymaganą konsystencję, a serwatka jest oddzielona, następuje ich ręczne cięcie na drobniejsze kawałki i solenie. Ser zostawia się na parę minut. Potem pracownicy łopatami przekładają ser do rozdrabniarki, a ta ‘wypluwa’ ser po drugiej stronie, gdzie ręcznie ugniata się je w formach. Ma to duże znaczenie, gdyż maszyny mogą nie mieć wyczucia co do sprężystości masy serowej, a ludzka ręka owszem. Dlatego ten etap produkcji nie jest zmechanizowany, a sery dumnie noszą etykietę – ‘ręcznie robiony’. Ser Wensleydale nie jest mocno prasowany. Nawet po przełożeniu go do automatycznej prasy, jest jedynie lekko dociskany, aby pozbyć się reszty serwatki.


Tradycyjnie, jak tylko zostaną lekko odciśnięte są ręcznie zawijane w muślin i pozostawiane w specjalnym pomieszczeniu na 4-5 dni, aby nieco wyschły – w ten sposób tworzy się na nich specyficzna skórka. Po tym etapie mogą być zapakowane i gotowe do wysłania, albo mogą zostać przeniesione do pomieszczenia, gdzie dojrzewają.

Nie wszystkie sery są dojrzewające, ale te które wymagają dojrzewania, są przetrzymywane przez ok. 4-6 miesięcy i regularnie sprawdzane przez wykwalifikowanych testerów. Jak ja im zazdroszczę tej roboty…


Jak już zwiedzicie muzeum i produkcję, możecie zaopatrzyć się w sery w sklepie, gdzie jak wspomniałam, można śmiało degustować wszystkie gatunki. Oprócz serów można tam kupić tandetne pamiątki, a także krakersy czy ciasta z suszonymi owocami, do których Wensleydale idealnie pasuje, chutneye albo lokalne piwa, którymi świetnie można sobie przepłukać usta po serowej uczcie.



Pod koniec października ma ruszyć nowa restauracja serwująca dania z użyciem serów produkowanych na miejscu, a już dziś można wypić herbatę czy kawę w ich kawiarence, w której serwują także wypieki i kanapki. Nie byłabym sobą, gdybym nie skusiła się na taką przyjemną przekąskę. Mój wybór padł na herbatę miętową i tu pozytywne zaskoczenie – otóż serwują świetne herbaty z fabryki w Harrogate (North Yorkshire, jakieś 30 mil od nas). Do herbaty zażyczyłam sobie kawałek sernika z imbirem i to był strzał w dziesiątkę. Bogaty, kremowy, słodki, ale tę słodycz łamał delikatnie smak imbiru. Było mi smutno, gdy ten pyszny kawałek ciasta zniknął z mojego talerzyka, ale tak naprawdę po paru minutach żołądek dał sygnał, że jestem najedzona do wypuku – degustowałam przecież sery w sklepie!


Na koniec jeszcze tylko wspomnę o czym, co dla fanów animowanych bohaterów: Wallace’a i Gromita nie jest na pewno żadną nowością (dla niewtajemniczonych: obie postaci są wielkimi fanami tego sera, dzięki filmom rozpropagowali go. Czytałam kiedyś wywiad z reżyserem i on powiedział, że wybór padł właśnie na Wesnleydale, bo… jego nazwa śmiesznie brzmi!). Wracając do filmu - pamiętam fragment, kiedy Wallace zaproponował Wendolenie Ramsbottom ser, bo właśnie mieli z Gromitem go skonsumować. Odparła, że tylko nie ser, on powoduje u niej wysypkę i że nie może go wprost znieść! Pamiętam dokładnie twarz Wallace’a i to z jakim bólem przełknął ślinę pytając: nawet sera Wensleydale? Jak ja doskonale rozumiem jego ból. No, bo jak można nie lubić Wensleydale?

26 komentarzy:

  1. Uwielbiam sery i uwazam , ze Anglicy robia jedne z najlepszych na swiecie. Wenlseydale z zurawinami nie schodzi z mojego menu. Swietna okolica i wycieczka. Zazdraszczammmm ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mogłabym tam u Ciebie zamieszkać. Pośród wodospadów, zieleni, serów, zamków... Tez pamiętam tą minę Wallace'a ;) I jak razem z Gromitem uganiali się za królikami.

    Pozdrawiam ze słonecznej mieściny :)

    OdpowiedzUsuń
  3. miałabym ochotę spróbować każdego z nich!

    OdpowiedzUsuń
  4. Oczywiście, że TAK dla sera! :) A im barzdiej pachnacy i aromatyczny, tym lepiej! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. No i akurat po sczszczeniu serowej deski na deserek post... o serach.

    Telepatologia, czy co?

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudowna wycieczka i kolejne miejsce, które dorzucam na listę Must Visit:-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Swietny reportaz i kolejne udane podejscie w kierunku obalenia mitow i stereotypow, jakoby angielskie kulinaria byly prymitywne i ubogie. A tu prosze - 700 gatunkow serow. Tylko pozazdroscic. Ja probowalam niestety tylko kilka gatunkow :) Nigdy nie jadlam Wenlseydale, brzmi niezwykle zachecajaco....piekna wycieczka, natura i okolice. Bardzo chcialabym kiedys zwiedzic te rejony, dzieki tobie na razie zwiedzam je wirtualnie :) pozdrowienia sle !

    OdpowiedzUsuń
  8. Powiem szczerze, Karolino, że ogromnie Ci zazdroszczę miejsca, w którym mieszkasz! Niesamowite, niesamowite po prostu. Mój wymarzony raj. Ech... Może kiedyś? ;)

    A sery bardzo lubię; szczególnie podoba mi się możliwość spróbowania ich na miejscu i ujrzenia procesu ich produkcji. Coś dla mnie!

    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Wspaniała relacja,zdjęcia.A sery? Ach, przepadam.I tracę na nie majątek...To taki mój bzik.
    A widoku z okien to strasznie Ci zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń
  10. Co za relacja! Zawrotu głowy można dostać od tych smaków, wariantów, gatunków. Przyznaję, że fabryki sera jeszcze w życiu nie zwiedzałam, a chciałabym - jako osoba, która na wczorajszy obiad zjadła przegląd serów 'od Francuza" + dwie porcje sałatki :) No i restauracja z serami: świetny pomysł.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ile sera! Musiało tam przecudnie cuchnąć ;). Gdybym się znalazła w takim miejscu, zrobiłabym duuuuże zapasy :D.

    OdpowiedzUsuń
  12. Przepadam za angielskimi serami :-)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ech sery, sery! Dlaczego w UK sery mogą kosztować tyle samo co w Polsce? Tak patrzę; przyzwoite sery z plus minus dziesięć funciaków, to na nasze jakieś czterdzieści pięć złotych. Porównując siłę nabywczą, Polacy zdecydowanie przepłacają i dlatego serów tak mało jedzą. Niestety.
    To pisałem ja, Rafał :0)

    OdpowiedzUsuń
  14. Niesamowita relacja droga Serwusowo! Od czasu do czasu kupuje jakis angielski ser, na przyklad stilton, ale nigdy bym nie pomyslala, ze jest ich az tyle ! Bijecie na glowe Belgie, gdzie jest tylko jakies 300 gatunkow serow... Cale szczescie mamy tutaj tylu ekspatow, ze bez problemu mozna znalezc sery z wysp na rynku. Po lekturze twojego posta bede je czujniej tropic ;) Pozdrawiam niedzielnie !

    OdpowiedzUsuń
  15. No, w końcu na spokojnie mogłam sobie poczytać. Fantastyczna relacja. Nie wiedziałam, że jest wędzony, a ja wędzone przeuwielbiam. Ciekawe masz okolice, Anglia jest strasznie naszpikowana takimi ciekawostkami, widoku z kuchni można pozazdrościć :)
    A tak w ramach ciekawostki to w Irlandzku Północnym dales to glens.

    OdpowiedzUsuń
  16. Wspaniały post, świetne się Ciebie czyta. A na widok tych serów aż ślinka cieknie. Nie miałabym zapewne pojęcia, co wybrać :).

    OdpowiedzUsuń
  17. Lubię bardzo! Super wpis Karolina. Nie raz ci już mówiłam że zazdroszczę bardzo Wam miejsca w którym mieszkacie. Teraz dobiłaś tylko kolejny gwóźdź :)
    PS
    Czekam na wpis dyniowy :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Bardzo Wam dziekuje za pozytywny odzew. :) Lubie jezdzic w ciekawe miejsca, probowac nowych rzeczy, ale jeszcze bardziej lubie sie tymi wrazeniami dzielic z innymi ludzmi. Ciesza wiec mnie ogromnie Wasze komentarze.

    Mam nadzieje, ze brytyjskie sery zostana docenione na swiecie. Sa pyszne, roznorodne i ich cena nie jest bardzo wygorowana. No i znowu staram sie obalac te mity o ubogiej kuchni brytyjskiej, o czym tez mam w planach napisac w najblizszej przyszlosci.

    Oczywiscie najbardziej popularnym w swiecie i samym UK jest cheddar, i wspomniany tu w komentarzach Stilton, ale niewiele osob zdaje sobie sprawe, ze UK to prawdziwe serowe zaglebie. :)

    A zeby nie bylo tak idyllicznie, to zamek Bolton jest kilka mil ode mnie, ale powietrze tu takie czyste, ze widac go idealnie (pomaga tez jego polozenie), ale czasem zaslania mi go mgla. ;) Wierzcie mi, ze kazdego dnia, gdy jade do pracy, podziwiam okolice i mysle sobie jakie mam szczescie tu mieszkac. Nawet za cene tego, ze byc moze nigdy nie bedzie nas stac na kupno wlasnej nieruchomosci tutaj. Ale moze... nigdy nie mow nigdy? ;)

    Dziekuje raz jeszcze i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  19. Jeden z najciekawszych wpisów na blogach kulinarnych jakie ostatnio czytałam! :) Uwielbiam sery, ale uwielbiam też twój blog. Notabene umieściłam linka do ciebie w moim ostatnim wpisie, zajrzyj. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  20. Nicole, bardzo dziekuje za te wszystkie mile slowa i zaraz zajrze na Twoj blog. :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  21. Karolina,
    Wróciłam wczoraj ze sklepu z nowym nabytkiem, wybierałam intuicyjnie, chciałam więc wyszukać coś na jego temat i...trafiłam do Ciebie. Zgadnij jaki to ser przyniosłam do domu?:D

    OdpowiedzUsuń
  22. Patrycjo,

    Ale jaja! A jaki konkretnie? I jak wrażenia? :) Zawsze byłam ciekawa czy te sery są szeroko dostępne w innych częściach wysp.

    OdpowiedzUsuń
  23. Z żurawiną, pyszny jest:) Wiesz to nawet nie w "serowym" sklepie, tylko w naszym lokalnym markeciku, w dziale serowym, dokładniej mu się przyjrzę, ciekawe co tam jeszcze ciekawego się kryje;)

    OdpowiedzUsuń
  24. To byl pierwszy Wensleydale jaki sprobowalam i przepadlam. :) Potem byly dalsze proby i musze powiedziec, ze na zadnym sie nie zawiodlam. Ostatnio mam faze na imbirowy. :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  25. W mojej okolicy (Warszawa) serek jest dostępny w delikatesach Alma. Mój chłopak rok temu przyniósł mi z zakupów kawałek z morelą. Podchodziłam do niego jak pies do jeża, bo się kruszy, bo troszkę dziwny, ale mój kochany wie co lubię :) Od tamtej pory gdy akurat robimy tam zakupy wracam do domu z kawałkiem Wensly. Szkoda tylko, że od pół roku mają tylko dwie wersje, z żurawiną i imbirem. Czyżbym tylko ja je sukcesywnie kupowała po kawałeczku? :)

    OdpowiedzUsuń

Wściubisz nochal? Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Zapraszam i pozdrawiam! :)