
Pamiętacie?
Vol. 1 - bulion wołowy na pieczonych kościach
Vol. 2 - domowy makaron
Dziś przyszła kolej na demona numer 3!
Bałam się, szukałam wymówki, nie chciałam kupić rękawa cukierniczego z końcówką do wyciskania ciasta... Pewnego dnia listonosz przyniósł paczkę. A w niej rękaw, metalową końcówkę i przepis. Droga Krysia (tak! ta sama, o której pisałam tutaj) w taki sposób ma zamiar walczyć z kuchennym lenistwem. Postaram się już nie lenić i nie szukać wymówek, bo Krysia pójdzie z torbami, hi, hi!
Tadaaaam! Dziś będzie ciasto parzone. Tak naprawdę nie potrzeba do niego końcówki do wyciskania ciasta, ale w korespondencji z Krysią wspomniałam, że mam ochotę na eklery, a te łatwiej ukształtować, gdy ciasto się wyciska. Przyznaję, że eklerów jeszcze nie zrobiłam, ale za to pyszne, wytrawne i sezonowe ptysie.
Nie boję się już parzonego ciasta! Na na na na na na! Jeszcze mnie kiedyś zobaczycie robiącą croquembouche!

Ptysie z nadzieniem z pieczonych szparagów
ok. 30 sztuk (na dwa kęsy)
Nadzienie:
20 dorodnych zielonych szparagów, twarde końcówki usunięte
odrobina oliwy
400g naturalnego serka kremowego typu Philadelphia
kilka listków bazylii
skórka otarta z jednej cytryny
sól
świeżo zmielony czarny pieprz
Szparagi ułożyłam na blaszce, skropiłam oliwą, posoliłam, zmieliłam nieco pieprzu i upiekłam w 180 stopniach C przez ok. 12 minut. Ostudziłam, przełożyłam wraz z oliwą, w której się piekły do robota kuchennego. Dodałam skórkę cytrynową, serek i zmieliłam - nie na idealnie gładką masę, nadal dało się wyczuć kawałeczki szparagów. Doprawiłam solą i pieprzem. Schłodziłam w lodówce.
Ciasto parzone:
150g mąki
100g masła
125ml mleka
125ml wody
pół łyżeczki soli
4 średnie jajka
W dużym garnku na małym ogniu zagotowałam wodę z mlekiem, solą i masłem. Oprószyłam mąką i dokładnie wymieszałam (ciągle gotując). Używałam drewnianego wałka (angielskie nie mają rączek). Gdy masa była gładka odstawiłam z ognia i zostawiłam do ostygnięcia.
Następnie wbiłam jedno jajko i dokładnie wymieszałam, aż się wchłonęło. Kolejno wbijałam tak samo i mieszałam jedno po drugim jajku. Masa była jednolita i lśniąca.
Piekarnik nagrzałam do 200 stopni C.
Ciasto przełożyłam do rękawa cukierniczego z końcówką i wyciskałam małe ptysie na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia.
Piekłam przez ok. 20 minut i wystudziłam na kratce.
Do szprycy włożyłam nadzienie i nadziałam każdego ptysia. Z większości nadzienie nieco wyszło, bo nie miałam za bardzo wyczucia, jak bardzo są napełnione. Przed podaniem udekorowałam małymi listkami mięty (bazylia miała zbyt duże listki).
ok. 30 sztuk (na dwa kęsy)
Nadzienie:
20 dorodnych zielonych szparagów, twarde końcówki usunięte
odrobina oliwy
400g naturalnego serka kremowego typu Philadelphia
kilka listków bazylii
skórka otarta z jednej cytryny
sól
świeżo zmielony czarny pieprz
Szparagi ułożyłam na blaszce, skropiłam oliwą, posoliłam, zmieliłam nieco pieprzu i upiekłam w 180 stopniach C przez ok. 12 minut. Ostudziłam, przełożyłam wraz z oliwą, w której się piekły do robota kuchennego. Dodałam skórkę cytrynową, serek i zmieliłam - nie na idealnie gładką masę, nadal dało się wyczuć kawałeczki szparagów. Doprawiłam solą i pieprzem. Schłodziłam w lodówce.
Ciasto parzone:
150g mąki
100g masła
125ml mleka
125ml wody
pół łyżeczki soli
4 średnie jajka
W dużym garnku na małym ogniu zagotowałam wodę z mlekiem, solą i masłem. Oprószyłam mąką i dokładnie wymieszałam (ciągle gotując). Używałam drewnianego wałka (angielskie nie mają rączek). Gdy masa była gładka odstawiłam z ognia i zostawiłam do ostygnięcia.
Następnie wbiłam jedno jajko i dokładnie wymieszałam, aż się wchłonęło. Kolejno wbijałam tak samo i mieszałam jedno po drugim jajku. Masa była jednolita i lśniąca.
Piekarnik nagrzałam do 200 stopni C.
Ciasto przełożyłam do rękawa cukierniczego z końcówką i wyciskałam małe ptysie na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia.
Piekłam przez ok. 20 minut i wystudziłam na kratce.
Do szprycy włożyłam nadzienie i nadziałam każdego ptysia. Z większości nadzienie nieco wyszło, bo nie miałam za bardzo wyczucia, jak bardzo są napełnione. Przed podaniem udekorowałam małymi listkami mięty (bazylia miała zbyt duże listki).

Ptysie cudne:-) Nie wątpię, że Cię zobaczę z wielkim metalowym stożkiem do croquembuche;-)
OdpowiedzUsuńPyszne !!! Niektore przepisy wydaja sie tak skomplikowane a sa takie latwe :-) krokembusza mozna i bez przyrzadow :-)
OdpowiedzUsuńWypróbuj pyzy z ciasta parzonego, są świetne. Twoje ptysie oczywiście też ;)
OdpowiedzUsuńWitaj, Karolino - ja u Ciebie pierwszy raz:).I nie wiem dlaczego dopiero pierwszy...:)
OdpowiedzUsuńCudnie mieć takie osoby jak Krysia:)
Ja ciasta parzonego się nie boję, bo karpatka czy eklerki były moimi ulubionymi słodkościami w dzieciństwie, więc piekę je i teraz. Ptysie wyszły Ci piękne. Do croquembuche też się przymierzam:). Pozdawiam Cię serdecznie:)
Na to croquembouche bardzo czekam :)
OdpowiedzUsuńA ptysie fantastyczne. I bardzo na czasie - wiadomo, szparagi. Wygladaja zgrabnie i elegancko, az milo popatrzec.
Piękne i do tego świetne nadzienie, pozdrawiamy!
OdpowiedzUsuńKarolino, wspaniale! Gratuluje tak udanej walki z demonami :) A 'croquembouche' tez z checia zobacze, bo ja raczej sie na jego zrobienie nigdy nie odwaze ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
Warto było się przemóc?
OdpowiedzUsuńNo przecież widać, że TAK! :)
Ptyski z wytrawnym kremem szparagowym...?
OdpowiedzUsuńDopisuje do menu kolejnego garden party w mojej posiadlosci ;))
Mozesz razem z demonem i rękawem wpaść do mnie ;)
OdpowiedzUsuńPtysie wyglądają bardzo dostojnie!
niezwykle uroczo wyglądają! zwłaszcza to ostatnie zdjęcie z listkami mięty jest niesamowicie kuszące :) mniam!
OdpowiedzUsuńBardzo ładne te ptysie,a nadzienie cudowne i interesujące:)
OdpowiedzUsuńświetne demoniki!!! :D
OdpowiedzUsuńŚliczne! Wytrawne też zrobię, to ciasto jest pyszne. Ja mam obsuw, moje dop. jutro na blogu będą (chyba). A, ja nakładałam łyżeczką ;)
OdpowiedzUsuńA wiesz, że ja też kupiłam ostatnio? Co prawda na razie szprycę nie rękaw, żeby walczyć z masami i kremami, ale rękaw też mam w planie. Nieustannie odkładanym planie ;)
OdpowiedzUsuńPiękne ciacha :)
Okej. Zmobilizuję się. Tak. Zrobię ciasto parzone. No, naprawdę! A tak na serio, to to wcale nie jest takie pewne. Znając mnie...
OdpowiedzUsuńPóki co więc pozachwycam się efektami Twojej i Krysi pracy. I poczekam na croquembouche... Może wtedy i ja?...
Pozdrawiam!
Jej, mam te same demony :) Ale jeszcze nie oswojone...
OdpowiedzUsuńDziekuje slicznie za komentarze i pozdrawiam Was wszystkie cieplo. :)
OdpowiedzUsuńAniu, metalowe ogladalam, sa bardzo drogie plus przesylka z Francji - tez kosztuje. Ale czemu nie mialanbym uzyc plastikowego stozka drogowego? ;) Kiedys na pewno sie z tym zmierze...
Anthony, fakt - wygladaje skomplikowanie, ale jak juz czlowiek sie zabierze, to okazuje sie, ze wcale takie nie sa. Widzialam, ze ludzie robia stozki z papieru, ale sek w tym, ze ptysie nie maja byc na stozku, stozek ptysiowy ma byc pusty w srodku. Kiedys pokombinuje. ;)
Kubelku Smakowy, pierwszy raz slysze o pyzach z ciasta parzonego. :)
Ewelajno, mam nadzieje, ze bedziesz czescie wpadac. :)
Maggie, mialy byc eleganckie, bo szly na eleganckie przyjecie. ;) A croquembouche kiedys, podkreslam KIEDYS zrobie. ;)
Jus Great Food, bede kombinowac z innymi nadzieniami. :)
Beo, Ty sie boisz croquembouche? :)
Tylko Sprobuj, pewnie, ze warto. Chocby po to aby pokonac swoje slabosci. :)
Miss_Coco, garden party w posiadlosci - czy te ptysie godne oby takiego przyjecia? Ha, ha! ;)))
Praline, juz bez demona, ale z rekawem. :))
Eve, kusilo, aby wszystkie zjesc, a one mialy isc do ludzi. Kuszace, oj kuszace... ;)
Sliwko, Tosiu, nadzienie improwizowane i skonsultowane z Magda z Tasty Colours i jej mezem. :D
Auroro, rzeczywiscie, jak sie zabralam, to juz nie byl demon, a demonik. Maly pikus. ;)
Ptasiu, juz widzialam na Twoim blogu - ladne! :) Czekam na wytrawne wiec. :)
Turlaczku, ja wlasnie bede musiala zainwestowac kiedys w porzadna szpryce do kremow. Albo koncowki do rekawa, nie wiem, nie znam sie za bardzo na takich dekoracyjnych sprawach... ;)
Zaytoon, zrob, zrob! :)
Aniu, oswoisz i Ty. :) Kto, jak nie Ty? ;)