To jest moja subiektywna opinia, a nie artykuł sponsorowany - być może ten produkt zawita kiedyś do Polski i będziecie szukać informacji na jego temat i przepisów z jego wykorzystaniem. Zdjęcie nie jest najszczęśliwsze, ale robione przy sztucznym świetle i na prędce - raczej szybko nie powtórzę dania z Quorn więc postanowiłam napisać parę słów już teraz. Ale do rzeczy.
Jestem osobą otwartą na nowości kulinarne, a mimo to przez ponad siedem lat nie spróbowałam nic z gamy produktów Quorn. Wynika to z mojej niechęci do produktów wege, które mają udawać mięso. Rozumiem, że istnieją różne pobudki zostania wegetarianinem i pewnie jest grupa ludzi, która tęskni za smakiem i konsystencją produktów mięsnych. Ja gdy nie jadłam mięsa przez dwa lata, to nie brakowało mi tego, ale też były to czasy, gdy wegetarianizm wydawał się ekstrawagancją w Polsce, a w sklepach ledwo można było znaleźć tofu (15 lat temu), więc radziłam sobie jak tylko mogłam. Dlatego też sięgnięcie po coś, co udaje mięso w momencie, gdy je jem zajęło mi całe wieki.
Quorn to jest gama produktów od granulatu udającego mięso mielone, przez kostkę i filety a'la kurczak, plastry wege wędlin, kiełbaski, burgery, pulpety po dania gotowe typu lasagne, curry czy paje. Ja testowałam granulat, o czym niżej.









