Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezglutenowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezglutenowe. Pokaż wszystkie posty

13 maja 2013

Naturalna przekąska bez dodatku cukru. Trufle z suszonych owoców.




Przepis tak banalny, że aż dziw, że wcześniej ich nie robiłam. Ta zdrowa, naturalna przekąska jest ostatnio moją obsesją - nie dość, że smaczna, pięknie wygląda i powoduje, że mam wrażenie, że jem luksusowe słodycze, to jeszcze nie pakuję w siebie całej masy dziwnych składników, jakie zawierają słodycze kupne (sporo cukru, syrop glukozowy, tłuszcze utwardzane czy trans, soję, mleko w proszku, co tam jeszcze?).

 Podobne przepisy widziałam na anglojęzycznych blogach poświęconych jedzeniu surowemu/witariańskiemu/raw, gdy przekopywałam sieć w poszukiwaniu zdrowych, nisko przetworzonych dań, a w szczególności deserów.  To jest moja wersja i będę ją na pewno modyfikować, nie dlatego, że te trufle mi nie smakują, ale z czystej ciekawości i chęci eksperymentowania.

4 maja 2013

Co do jedzenia do pracy?


Postanowiłam, że na blogu od czasu do czasu (kiedy akurat będę mieć okazję sfotografować) prezentować propozycje na pożywne, smaczne dania, które można zabrać w pudełkach do pracy i zjeść bez odgrzewania, albo opcjonalnie część z nich odgrzać. Opcjonalnie, bo zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma w pracy do dyspozycji mikrofalówkę. Jednak na zimno te dania też się obronią. 

Dania będę prezentować w pudełkach, w których je noszę. Nie wyglądają zbyt imponująco na zdjęciach, ale takie mam i pięknych pudełek w stylu bento jeszcze się nie dorobiłam, ale wszystko przede mną. Moje pudełka, choć nieurodziwe, są praktyczne i zawsze mam dwa, trzy, a czasem nawet cztery ze mną w pracy. Jasne, że czasem zabieram ze sobą kanapki (choć rzadko). Często zupy. Ale to są wybory oczywiste i myślę, że sporo osób szuka odmiany, szczególnie wiosną i latem, gdy mamy do dyspozycji wiele warzyw, a nasze menu jest lżejsze.

Jeśli ktoś czytając te wpisy pomyśli, że szkoda zachodu na przygotowanie takiego drugiego śniadania/lunchu do pracy, to życzę wszystkiego dobrego, smacznego i kontynuowania jedzenia tego, co je. Ja nie lubię kompromisów w jedzeniu i staram się ich unikać. Jeśli spędzenie pół godziny w kuchni jednego dnia zapewni mi smaczny, pożywny i niebanalny lunch na dwa kolejne dni, to jestem w stanie to zrobić. Od poniedziałku do piątku spędzam poza domem ok. 10 godzin dziennie i chcę w tym czasie jeść dobrze i przede wszystkim wiedzieć co jem. Czasem po pracy zostaję na treningu, muszę więc mieć więcej jedzenia ze sobą. Stąd dla mnie przygotowanie lunchu, który wymaga nieco więcej zachodu niż kanapka nie stanowi problemu.

Zapraszam więc serdecznie do wykonywania dań, niech Was wyobraźnia nie ogranicza, modyfikujcie, eksperymentujcie  - to są przepisy, które można dostosować do swoich wymagań, możliwości czy sympatii kulinarnych. Ja sama mieszam często komponenty tych dań i dzięki temu unikam rutyny.

























4 lutego 2013

Tarty orzechowo - kakaowe (bez dodatku cukru, bez pieczenia, surowe/witariańskie/raw)




Surowy (witariański) deser, który podzielił nasze domostwo. Nie stał się wprawdzie kością niezgody, powodem cichych dni, czy odstawienia od niemałżeńskiego łoża, ale jednak definitywnie nas podzielił. Ja go uwielbiam i przygotowałam go już dwa razy, za każdym kęsem czuję, że to jest deser, który jest moim nowym konikiem - bo smakuje świetnie, ale daje mi także świadomość, że jem naturalny produkt i bez dodatku cukru. Nie zrozumcie mnie źle - nie porzucam cukru, ale staram się go ograniczyć, z wielu powodów. Natomiast luby po trzech kęsach i niewyraźnej minie powiedział, że on dziękuje, ale pasuje, bo jemu deser "jedzie" warzywem (a warzywa bardzo lubi!), jest mało słodki (to akurat można regulować, o czym w przepisie) i „chyba do niego nie dorósł.”

Od dawna czytam i interesuję się dietą surową, a dokładnie odkąd nasz bliski przyjaciel na nią przeszedł w związku z nowotworem, na który chorował. Wtedy informacje na temat tej diety były szczątkowe, ja po omacku przygotowywałam nasza wspólną kolację, serwując głównie ciekawe surówki i owoce na deser. Lekarze dali mu trzy miesiące życia, nie proponowali nawet inwazyjnego leczenia, ale jeden indyjski lekarz - jego przyjaciel polecił mu surową dietę. Nasz drogi John ostatnie miesiące życie spędził na surowej diecie i  dożył swoich ostatnich dni w świetnej formie i de facto nie zabił go nowotwór, a coś innego. Miał prawie 83 lata (przy okazji wspomnę, że swoje 80 urodziny obchodził na Wyspach Wielkanocnych). Nie twierdzę, że dieta go uzdrowiła, piszę to, aby nawiązać do tematu surowej diety - ona zawsze będzie kojarzyć mi się z Johnem i to jego przypadek spowodował, że zaczęłam się interesować jej wpływem na zdrowie.

20 sierpnia 2012

Pięć lub mniej składników # 6 (lody dwuskładnikowe - dietetycznie i deserowo!)



Oj, dawno nic nie wrzucałam do tej serii, kilka przepisów z małą liczbą składników pojawiło się od ostatniego odcinka, ale jakoś tak się złożyło, że koncepcja wpisu nie pasowała mi do cyklu, stąd oznaczyłam je tą etykietą, ale nie traktowałam jako jego kontynuację. Ale dziś się zorientowałam, że ten przepis z pewnością pasuje do niego, co więcej ma jeszcze mniejszą ilość składników niż zwykle i jest deserowy. Dobra okazja, pomyślałam, aby odnowić zakurzoną serię.

Są to lody ekspresowe, dziecinnie łatwe do wykonania, bez cukru, bez nabiału i o dziwo ze smakiem! Jak porzucicie jedzenie cukru, albo bardzo mocno go ograniczycie, to możecie się zdziwić ile słodyczy można znaleźć w owocach czy warzywach. Po tygodniu jedzenia owoców (i to w ograniczonym wyborze, bo ta kilkutygodniowa dieta...), czy koktajli na deser, postanowiłam pójść dalej i zrobić lody. Mleko i  śmietana mi nie służą, za sojowym nie przepadam, a na sorbet nie miałam ochoty. Dawno temu na jakimś amerykańskim blogu mignął mi przepis na lody z mrożonych bananów. Zrobiłam, ale trochę po swojemu - dodałam naturalne, niesłodzone masło z orzeszków ziemnych. Takie organiczne i bez żadnych nonsensownych składników - to moje ulubione. Warto zapłacić ciut więcej i kupić naturalne, zamiast tych faszerowanych wypełniaczami, konserwantami i olejami roślinnymi. 

Muszę przyznać, że byłam sceptyczna, ale smak tych lodów mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. I będę je powtarzać! Nawet jeśli będę mogła zażerać się tłustymi, prawdziwymi lodami, to tymi też nie będę gardzić. Słonawe masło świetnie balansuje słodycz banana, ale pewnie już wiecie, że ma mam świra ba punkcie słono -słodkich deserów. Spróbujcie więc sami - jeśli nie będą Wam smakować stracicie tylko dwa składniki i niewiele czasu. Myślę, że warto zaryzykować.

A ja już myślę nad innymi wersjami...


Lody bananowo - fistaszkowe 

ok. 4-6 gałek

4 małe, bardzo dojrzałe banany (najlepiej z taką poplamioną, ciemniejącą skórką)
2 łyżki naturalnego, niesłodzonego masła z orzeszków ziemnych 


Banany obrać i pokroić na niezbyt grube plasterki. Ułożyć na tacce w jednej warstwie i zamrozić (u mnie spędziły noc w zamrażarce, ale myślę, że wystarczą im 3 godziny). Wyciągnąć z zamrażarki i odstawić na 10 minut w temperaturze pokojowej. 

Przełożyć do robota kuchennego z ostrzami. Następnie miksować i co kilkanaście sekund szpatułką zbierać masę z boków. Miksować, aż masa będzie prawie gładka, następnie dodać masło orzechowe i miksować jeszcze chwilę. Można dać je od razu, ale ja chciałam mieć strużki masła w masie bananowej, więc dodałam je pod sam koniec. Na tym etapie można od razu podać, albo przełożyć do pudełka i zamrozić. Przed podaniem jedynie należy pamiętać, aby wyjąć je z zamrażarki na kilkanaście minut przed podaniem aby odtajały. 

21 lutego 2011

Po indyjsku, ale chudziej



Mam słabość do kuchni indyjskiej. Jako, że źle reaguje na dania na wynos albo z barów, w których dotychczas jadłam, w zasadzie tylko w domu mam okazję jeść indyjskie specjały. Bazuję na mojej biblii indyjskiego gotowania "The Food of India. A journey for food lovers", jak dotąd bez wyjątku wszystkie dania ugotowane wg przepisów z tej książki okazały się bardzo smaczne. Zwykle jednak redukuję ilość tłuszczu i czasem ilość chilli w przepisach.

Ostatnio w końcu zaopatrzyłam się w mąkę z ciecierzycy, więc postanowiłam przygotować moje ulubione cebulowe placuszki, którymi niestety potrafiło mi się odbijać po dwa dni, kiedy kupowałam je w tradycyjnej formie, czyli smażone na głębokim tłuszczu. Nie wiem, czy to wina nieświeżego tłuszczu, tajemniczych dodatków, czy mojego wrażliwego żołądka. W każdym razie postanowiłam nie rezygnować z tej pysznej przekąski i przekopałam internet w poszukiwaniu alternatywnego przepisu. I znalazłam ten film.

Placuszki okazały się być aromatyczne, smaczne, dom nie pachniał olejem, jak przy smażeniu, za to od zapachu przypraw aż kręciło w nosie. Przy okazji wyrzuty sumienia nieco uciszone - oto nisko tłuszczowa wersja tego indyjskiego przysmaku.



Cebulowe placuszki (indyjskie bhaji)


6-8 sztuk


500g białej cebuli, obranej i pokrojonej w plasterki
4 łyżki oleju roślinnego
pół łyżeczki sproszkowanej chilli
pół łyżeczki kurkumy
pół łyżeczki mielonego imbiru
łyżeczka mielonej kolendry
łyżeczka mielonego kuminu
pół łyżeczki soli
100g mąki z ciecierzycy
ok. 50ml wody
łyżka koncentratu pomidorowego

Piekarnik nagrzałam do 180 stopni C i przygotowałam dużą blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i lekko skropiłam ją łyżką oleju.

Na dwóch łyżkach oleju usmażyłam cebulę ze szczyptą soli, na małym ogniu. Cebula ma być miękka, ale nie brązowa. Następnie dodałam chilli, kurkumę, imbir, pół łyżeczki kuminu, pół łyżeczki kolendry i smażyłam mieszając przez kolejną minutę. Ściągnęłam z ognia i przygotowałam mąkę.

Pozostałą kolendrę, kumin i sól wymieszałam z mąką i dodałam do nich cebulę. Dokładnie wymieszałam, aby cebula pokryła się mąką.

Koncentrat pomidorowy wymieszałam z wodą i dodałam do mieszanki cebulowej. Wymieszałam porządnie, aby cała masa była dość wilgotna, ale zbita.

Łyżką nałożyłam 6 porcji na blaszkę, wstawiłam do pieca na 10 minut. Po tym czasie skropiłam wierzch pozostałą łyżką oleju i piekłam kolejne 10 minut.

Po upieczeniu przełożyłam na papierowy kuchenny ręcznik, aby pozbyć się nadmiaru tłuszczu. Serwowałam od razu.

24 maja 2010

300% normy!



Proste przepisy często owocują pysznymi daniami. Tak też było i tym razem, kiedy sięgnęłam po przepis na słynną Torta de Santiago ("torta" po galicyjsku, "tarta" po hiszpańsku). Zakochałam się w tym cieście od samego rzucenia okiem na składniki – migdały i cytryna, to jedne z moich ulubionych smaków.

Tartę zaprezentowała nasza droga Krysia, kuchmistrzyni samozwańcza i przodowniczka pracy. Nie sposób o barwnej kumoszce nie wspomnieć, choćby po to, aby zaprzeczyć panującej opinii, że Krycha to syfiara i lubi czasem pleśń pojeść.

Czego ta Krysia nie robi! Czasem myślę, ze ta kobita w ogóle nie śpi! Tylko studiuje przepisy Braci Zasmażków (dla niewtajemniczonych: wybitni szefowie kuchni - Albert i Michel Roux) i inne dzieła (włączając wszystkie tomy “Kapitału” Marksa), a potem wprowadza lekturę w życie. Na szczęście wygląda na to, że tylko tę pierwszą.

A jak Krycha zakasa rękawy, to nic tylko się wpraszać na trzydaniowy (co najmniej!) posiłek. I wojny się człowiek nie boi, bo Krycha na broni się zna i suchary potrafi upiec. I choć jej niektóre “miszczostwa” mnie przerażają ze względu na nakład pracy (tak jak np. ta Opera), to za ten przepis jestem jej wdzięczna po stokroć, bo wymagania składnikowo – sprzętowo – czasowe ma minimalne, a efekt smakowy jest rewelacyjny.

Jak ktoś nie miał okazji poznać Krysi, to proszę bardzo, oto ona. Dzięki jej uprzejmości prezentuję jej autoportret na tle chałki, którą własnoręcznie zaplotła.




Wracając do tarty – tradycyjnie prezentuje się ją ze wzorem krzyża, co pominęłam, bo robienie szablonu do ciasta, które w oka mgnieniu znika, moim zdaniem jest stratą czasu. Ale możecie się pobawić. Oczywistą oczywistością jest, że Krycha szablon zrobiła i jej tarta św. Jakuba była dopieszczona w 100%. Ech, chciałabym być tak pracowita jak ona. Bez krzyża zrobienie ciasta zajmuje jakieś... 30% normy porównaniu do innych ciast, ale za to ma 100% pysznego smaku.

U mnie bez krzyża, ale nadal smacznie. Dzięki, kumo!


Torta (Tarta) de Santiago


Na 25cm tartownicę

250g sproszkowanych migdałów
4 jajka
180-200g cukru (użyłam drobnego, złocistego)
skorka otarta z jednej cytryny
cukier puder do dekoracji
nieco masła do wysmarowania tartownicy

Piekarnik rozgrzałam do 180 stopni C.

Białka ubiłam, na półsztywno. Żółtka ubiłam osobno z cukrem i skórką cytrynową. Obie masy delikatnie połączyłam, dodając białko do żółtek z cukrem i mieszając szpatułką. Użycie miksera jest kuszące, ale wtedy pozbyłabym się powietrza z masy, która musi pozostać puszysta - wszak w tym cieście nie używa się żadnych spulchniaczy.

Do masy dodałam mączkę migdałową i znowu wymieszałam - delikatnie, za pomocą szpatułki. Następnie przelałam masę do wysmarowanej lekko masłem tartownicy i piekłam ok. 25 minut.

Po upieczeniu ostudziłam 15 minut, po czym posypałam górę cukrem pudrem.

21 lutego 2010

Fenkuł i czekolada w jednym stali domu


Często mam dylemat - czy na deser słodycze, a może na wytrawnie deska serów? Desery na bazie czekolady z minimalną zawartością kakao na poziomie 70% wydają się ten dylemat rozwiązywać. Niby słodkie, ale nie do końca. I też można je łączyć z pleśniowymi serami. Ale o tym kiedy indziej.

Dziś o kolejnym zaskakującym wykorzystaniu warzyw w deserze. Obok, jakże znanego ciasta marchewkowego, piekłam z powodzeniem ciasto czekoladowe z burakami, w planach mam jeszcze inne, ale o tym też nie dziś. Dziś w roli głównej wystąpią gorzka czekolada i koper włoski (fenkuł).

Przepis znalazłam w książce jednego z moich ulubionych szefów kuchni, faceta rodem z Yorkshire, którego desery potrafią powalić na kolana. Może to być zwykła tarta z agrestem, ale w jego wykonaniu wygląda bardzo apetycznie. Moje dzisiejsze źródło to "Desserts" Jamesa Martina.


Pieczony mus czekoladowy z kandyzowanym koprem włoskim



6-8 porcji


Mus

1/2 bulwy kopru włoskiego, pokrojonej na bardzo cienkie plasterki
300g gorzkiej czekolady o minimalnej zawartości kakao 60% (użyłam 70%)
150g niesolonego masła
6 jajek
50g cukru drobnego (użyłam złocistego)
150g kremówki (do serwowania, pominęłam)

Czekoladę wraz z masłem rozpuściłam w kąpieli wodnej (dla niewtajemniczonych - umieściłam je w misce, a tę na garnku z parującą wodą, trzymałam na małym gazie, co chwilę mieszając do rozpuszczenia składników). Odstawiłam do ostygnięcia.

Oddzieliłam żółtka od białek. Żółtka miksowałam 30 sekund z dwoma łyżkami cukru, a białka ubiłam na sztywno z resztą cukru. Masę czekoladową zmiksowałam z żółtkami, a następnie dodałam 1/3 ubitych białek, łyżką wymieszałam z masą czekoladową i dodawałam resztę białek po trochu, delikatnie mieszając, aby masa zachowała puszystość.

Masę przełożyłam do okrągłej 20cm formy, wyłożonej papierem do pieczenia oraz cienko pokrojonym fenkułem i piekłam przez 20 minut w 180 stopniach C. Studziłam w otwartym piekarniku. Mus opada, nie należy się tym przejmować.


Kandyzowany koper włoski


1 1/2 bulwy kopru włoskiego, pociętego na plastry
100g cukru drobnego
100ml wody

W czasie kiedy mus się piekł, resztę fenkułu włożyłam do garnka z cukrem i wodą, zagotowałam i trzymałam na małym ogniu 25 minut. Wyłożyłam plastry kopru na papier do pieczenia i zostawiłam do ostygnięcia.

Mus serwuje się z kawałkiem kandyzowanego kopru i wg Jamesa z łyżką bitej śmietany. Śmietanę pominęłam, ale luby próbował z lodami waniliowymi i też pasują. Mus należy przechowywać w temperaturze pokojowej - trzymany w lodówce stanie się zbyt zbity.