Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orientalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orientalne. Pokaż wszystkie posty

10 stycznia 2014

Krewetki petarda (firecraker prawns). Słodko - ostre.






To danie (też w wersji z kurczakiem) poznałam w Wagamamie, tyle, że tam serwują je z ryżem. Ja miałam ochotę na makaron ryżowy, a z resztą składników improwizowałam zdając się  na mój smak i wspomnienie dania z baru, a także bazując na przepisach, które gościły głównie na amerykańskich blogach. Niestety wszystkie amerykańskie przepisy zawierały jakiś tajemniczy gotowy sos chilli, do którego nie mam dostępu. Zrobiłam więc swoją wersję i niewiele różniła się od tej, którą jadłam. 

Polecam wielbicielom mieszanki słodko - ostrych smaków. Jeśli szybko siekacie warzywa, to obiad będziecie mieć gotowy w ok. 20 minut, szczególnie jeśli użyjecie cienkiego makaronu ryżowego - wymaga on tylko ok. 3-4 minut moczenia we wrzątku.

25 kwietnia 2013

O jedzeniu na wynos. Płaskie chlebki z mielonym mięsem i granatem.



Nie jest tajemnicą, że mieszkam na wsi. Nawet w środku niczego. No, w zasadzie to poza wsią, w środku pola przeciętego drogą kategorii C, o której lokalne władze zapominają w zimie i omijają ją pługi śnieżne. I ja, miastowa dziewczyna, która większość życia spędziła w blokowiskach, nieco więcej niż połowę dorosłego biegając do pubów, klubów, kin, teatrów itp. nie zamieniłabym tej wsi na nic innego. Może inną wieś... Albo totalne pustkowie. Czego mi jednak czasem żal, to fakt, że nie mam w pobliżu rozsądnego baru z jedzeniem na wynos. 

13 kwietnia 2013

Dukkah z pistacjami i mietą




Dukkah to mieszanka posiekanych orzechów czy też migdałów z sezamem i różnymi przyprawami popularna w Egipcie i Syrii. Podejrzewam, że przepisów na nią jest tyle, co przepisów na bigos i każdy, kto ją przygotowuje ma swój ulubiony zestaw i proporcje składników. Nigdy nie jadłam dukkah przywiezionej z jednego z tych krajów i pewnie szybko nie spróbuję (chyba, że ktoś mi przywiezie suwenir), bo jestem z tej frakcji emigracji, która nie lata na wczasy all inclusive do Egiptu, a namiętnie zwiedza Zjednoczone Królestwo (w tym roku Zewnętrzne Hebrydy, juhu!). Dukkah zrobiłam sama, bo to prościzna. Czy ma wiele wspólnego z tymi "oryginalnymi"? Mam nadzieję, że tak.

30 sierpnia 2012

Łagodnie, ale nadal z charakterkiem


Jak się niedawno dowiedziałam, że pikantne dania, cebula czy czosnek nie robią dobrze mojemu skołowaciałemu żołądkowi, to się załamałam, bo uwielbiam ostre przyprawy i nie wyobrażałam sobie zrobienie np. curry bez chilli czy czosnku. Na dodatek ryż też powinnam jeść z umiarem, więc pomyślałam "żegnajcie wieczorki indyjskie". Ale potem zaczęłam kombinować, aby zrobić curry, które będzie nadal niesamowicie aromatyczne i tak bogate, że zapomnę o chilli i ryżu. Ugotowałam więc to curry warzywne, które okazało się być rewelacyjne i bardzo sycące (pierwszego dnia zjadłam wielką michę bez dodatków, drugiego porcja była mniejsza, więc dołożyłam chleb naan).  To było tak pyszne, że bez żalu zrezygnowałam z dodatku ryżu, a aromaty przypraw wynagrodziły brak ostrości.

Do przygotowania curry użyłam wyhodowanego pierwszy raz w życiu przeze mnie groszku (jupi! jestem bardzo dumna z moich nielicznych pierwszych upraw z własnego ogródka!) i innych letnich warzyw, ale także ciecierzycy, która dorzuciła do dania nieco skrobiowego elementu i dzięki temu nie odczułam braku ryżu. Użyłam także szalotki, która jest łagodniejsza od zwykłej cebuli, a także diametralnie zmniejszyłam ilość czosnku (normalnie dałabym go cztery razy więcej). 

To było pyyyyszneeeeeeee!

Łagodne, lekkie curry z letnich warzyw 

4 porcje 

2 łyżki oleju słonecznikowego
1 średnia szalotka, obrana i pokrojona w kostkę
1 ząbek czosnku, obrany i starty na papkę
1 kawałek świeżego imbiru (wielkości orzecha włoskiego), obrany i starty na papkę
2 łyżeczki garam masala
½ łyżeczki kurkumy
½ łyżeczki jasnej gorczycy
1 łyżeczka czarnuszki i odrobina do posypania dania
400ml passaty pomidorowej, albo wypestkowanych i drobno posiekanych pomidorów
400ml mleka kokosowego
2 garści świeżej kolendry, posiekanej razem z łodyżkami, kilka liści zachowanych do dekoracji 
2 duże garści fasolki szparagowej (dłuższe fasolki przekrojone na pół)
1 średnia cukinia, przekrojona na pół i pokrojona na plasterki
1 szklanka (250ml) ugotowanej ciecierzycy
¾ szklanki świeżego wyłuskanego groszku
sól 

W dużym rondlu rozgrzać olej i dorzucić szalotkę. Smażyć przez kilka minut, aż nieco zmięknie, następnie dodać czosnek imbir i smażyć mieszając przez ok. minutę. Następnie dodać garam masalę, kurkumę, gorczycę i czarnuszkę i smażyć, aż całość będzie bardzo aromatyczna, a ziarenka zaczną strzelać. Dodać pomidory, mleko kokosowe, nieco soli i zagotować. Dodać posiekaną kolendrę, fasolę, przykryć i trzymać na małym ogniu przez ok. 7 minut. Po tym czasie dodać cukinię i ciecierzycę, wymieszać i gotować na małym ogniu przez ok. 5 minuty, następnie dodać groszek i gotować przez ok. 3 minuty. 

Przed podaniem dosolić do smaku, w miseczkach posypać czarnuszką i udekorować świeżą kolendrą.

23 lipca 2012

Burgery. Dla zaspokojenia skrajnych apetytów


Jeśli już macie słodki sos chilli, to może skusicie się na burgery, które świetnie z nim idą w parze? Mieliśmy niedawno na obiad, przyznaję, że kombinowałam tak, aby mięsożerca się nadał, a ja - obrażona ostatnio na mięso, też miała pożywny obiad. No i miało być z tego, co ostało się w szafkach i lodówce - bez dodatkowych zakupów. Czyli improwizacja. Udana jak się okazało.


Burgery z ciecierzycy i tuńczyka

ok. 12 sztuk 

ok. 200g ciecierzycy suchej
2 x 175g puszki tuńczyka w oliwie/oleju
1 mała cebula, obrana i posiekana
2 ząbki czosnku, obrane i posiekane
1 mała czerwona chilli, posiekana
garść świeżej kolendry, posiekanej (użyłam mrożonej, bo miałam zapas w zamrażarce)
2 małe jajka, rozkłócone
2 płaskie łyżeczki mielonego kuminu  
sok z połowy cytryny 
sól
świeżo zmielony czarny pieprz
nieco mąki z ciecierzycy do obtaczania
olej do smażenia (użyłam słonecznikowego)
ćwiartki limonki do serwowania (opcjonalnie) 

Ciecierzycę namoczyć przez ok 10 godzin, wylać wodę, nalać świeżej, posolić, zagotować i gotować, aż będzie miękka. Odcedzić i pozostawić do ostygnięcia. 

Cebulę usmażyć na małej ilości oleju, na małym ogniu - ma być miękka, ale nie brązowa. Na ostatnią minutę smażenia dodać czosnek i chilli. Odstawić z ognia i pozostawić do lekkiego ostygnięcia. 

Ciecierzycę zmielić w robocie kuchennym, ale tak, aby nie była zupełnie gładka - mają pozostać kawałeczki ziaren wyczuwalne dla zębów. Przełożyć do miski. 

Do tej samej miski dodać tuńczyka (ja mojego nie odcedzałam, bo był w małej ilości oleju), podziabanego widelcem, cebulę z czosnkiem i chilli, kolendrę, jajka, sok z cytryny, kumin, pieprz i sól. Rękoma wymieszać, aż całość będzie dobrze połączona. Schłodzić w lodówce przez co najmniej godzinę.

Formować kotleciki i przekładać do miseczki z mąką z ciecierzycy, a następnie na deskę do krojenia. 

W patelni rozgrzać dość sporo oleju, nie mają się smażyć na głębokim tłuszczu, ale tak jak kotlety mielone - aby były zanurzone mniej więcej do połowy. Smażyć je z obu stron, aż będą zarumienione. Odłożyć na papierowy ręcznik, który wchłonie nadmiar tłuszczu.

Ja serwowałam je z pieczonymi ziemniakami, słodkim sosem chilli oraz sałatą lodową, do której zrobiłam dressing inspirowany tajską kuchnią.

Dressing do sałaty (prawie) tajski 

2 łyżki oleju z orzeszków ziemnych
1 łyżeczka miodu
1 łyżeczka sosu rybnego (nam pla)
sok z połowy limonki
szczypta chilli mielonej 

Wszystko umieściłam w słoiczku, zakręciłam i mocno wstrząsałam, aby składniki się połączyły. Umytą i posiekaną sałatkę polałam dressingiem tuż przed serwowaniem, wymieszałam, a na talerzu posypałam prażonymi na sucho ziarnami kuminu. 



19 lipca 2012

Moje małe zboczenie

Muszę coś wyznać. Mam absolutnego świra na punkcie pewnego sosu. Lubię go do frytek, lubię do maczania tofu, nie wyobrażam sobie bez niego kotletów rybnych, a ostatnio maczałam w nim pieczone kawałki kurczaka w chrupiącej panierce. Dodany do hummusu nadaje mu nowy wymiar, podany w towarzystwie gęstego jogurtu stanowi świetny dip do pieczonych warzyw. Dodaję go czasem do str fries, a niedawno podałam go gościom do maczania mini tortilli ze szczawiem i też zaskakująco dobrze się spisał.

Mowa o słodkim sosie chilli, który jest dostępny w większości supermarketów. Jednak zrobienie swojego zajmuje ok. 20 minut i daje gwarancję, że nie ma w nim konserwantów i syropu glukozowego. W przypadku osoby, która go lubi i używa regularnie, to ważne, aby sos zawierał jak najmniej dziwnych składników. Poza tym można samemu regulować ostrość sosu - im więcej pestek chilli zostawicie, tym ostrzejszy będzie sos.   Oryginalny tajski sos nie zawiera skrobi kukurydzianej, ale ja dają ją, gdyż lubię gdy jest on dość gęsty. Możecie oczywiście pominąć ten składnik. Oryginalnie sos gotuje się tak długo (i chyba robi z większej ilości cukru), aż zredukuje się do takiej konsystencji, w której kawałki chilli "wiszą". Moja wersja oprócz tego, że ekspresowa, jest także wegańska, oryginalne sosy lubią zawierać nam pla (sos rybny), ja dodaję odrobinę limonki, która wprawdzie nie zastępuje sosu rybnego, ale nadaje ciekawy smak i kontrastuje nieco z cukrem. 

Zapraszam na jeden z moich ulubionych sosów. Za parę dni pokażę Wam przepis na smaczne burgery, które też świetnie idą w parze ze słodkim sosem chilli.



Słodki sos chilli 

ok. 200ml 

3 czerwone chilli, jedna z pestkami, reszta wypestkowana 
3 ząbki czosnku, obrane 
sok z połowy limonki 
skórka otarta z całej limonki
¼ szklanki* octu ryżowego
½ szklanki cukru
¾ szklanki  wody
½ łyżeczki soli
1 płaska łyżka skrobi kukurydzianej rozrobionej w 2 łyżkach wody (opcjonalnie) 

Chilli, czosnek i skórkę limonki dodać do malaksera i posiekać bardzo drobno (albo zrobić to za pomocą noża).

Do rondelka dodać wodę, ocet, sok z limonki, sól i cukier oraz posiekane składniki, następnie zagotować. Zmniejszyć ogień i gotować przez ok. 15 minut, aż całość nieco się zredukuje. Następnie dodać skrobię kukurydzianą rozrobioną w wodzie, zamieszać, zagotować i od razu ściągnąć z ognia.

Ostudzić, przełożyć do słoiczka, zakręcić i trzymać w lodówce. Trudno powiedzieć, jak długo można go przechowywać. U nas schodzi on szybko i nigdy nie stoi dłużej niż 10 dni. Myślę, że pasteryzowany wytrzyma kilka miesięcy, ja jednak wolę robić go na bieżąco, bo to niedużo roboty.



* użyłam szklanki o pojemności 250ml 

25 czerwca 2012

Zupa, po której nie będziecie głodni

W poprzednim wpisie wspomniałam Wam, że w Liverpoolu wraz z lubym udaliśmy się na pyszne zupy do Wagamamy. Ilekroć jesteśmy w większym mieście, w którym mają swój bar, nie możemy sobie odmówić wizyty i próbowania nowych rzeczy z ich ciekawego menu. 

Wagamama była mi nieznana dopóki nie wspomniała o niej moja siostra, która mieszka w Cork, a także Ewelina z "Around the Kitchen Table", za co jestem im wdzięczna. Odkąd przeprowadziłam się do Wielkiej Brytanii mieszkam tylko na wsi, gdzie królują tradycyjne puby, a nie etniczne knajpy, czy sieciówki. Bo Wagamama to jest sieciówka. I tak, to jest komercja. Tak, to jest bar szybkiej obsługi, gdzie nie gwarantuje się, że przekąski przyjdą szybciej niż danie główne, albo, że dla wszystkich przy stoliku główne dania zostaną wydane w tym samym czasie. I tak - są to dania szeroko pojętej kuchni azjatyckiej (choć sami mówią, że inspirują się kuchnią japońska, to widziałam inne wpływy), które najprawdopodobniej zostały ugładzone dla przeciętnego Europejczyka czy Australijczyka.

To jest miejsce, gdzie nie ma indywidualnych kameralnych stoliczków. Są wielkie drewniane stoły i ławki i możecie siedzieć obok obcych ludzi, jeśli bar jest pełny. Nie ma eleganckich serwetek i obrusów, są papierowe podkładki, na których kelnerzy zapisują numerkami Wasze zamówione dania. Za to kuchnia jest na widoku, można podejść i zobaczyć jak kucharze mieszają w wokach. No i jedzenie, które uwielbiam. 

Tak, to jest komercyjny fast food, ale dlaczego ja tak lubię tam jeść? Bo to jest miejsce, gdzie szybkie jedzenie robione jest ze świeżych składników. To jest miejsce, gdzie serwują rewelacyjne mieszanki świezo wyciskanych soków owocowych i owocowo-warzywnych. Próbowałam tam już wielu dań, ale chyba zupy są moimi ulubionymi. Niech Was nie zmyli pojęcie zupa, to nie jest cienka zupka, po której będziecie mieć apetyt na więcej. To jest wielka micha napakowana nudlami i bogactwem dodatków, z pysznym wywarem. Pachnące przyprawami, zawierające świeże chrupiące warzywa zupy pojawiają się na moim stole po pięciu minutach, są bardzo sycące i to jest to co tygryski lubią najbardziej. No i nie zapominam, że podczas wizyt w Wagamamie ćwiczę kunszt jedzenia pałeczkami i idzie mi to coraz sprawniej. 

Dziś pokażę Wam zupę inspirowaną ichnimi zupami, choć nie korzystałam z przepisu z ich książki kucharskiej, którą podarowała mi sis. To innym razem. Dziś moja improwizacja. Lista składników jest długa, ale jak to zwykle bywa z takimi daniami, gdy już wszystko jest posiekane, ewentualnie zamarynowane, to potem już mamy z górki i za 10 minut cieszymy się zupą. Nie zrażajcie się więc proszę. Zachęcam, aby wykonanie azjatyckich dań zaczynać właśnie od posiekania/pokrojenia wszystkich składników. Potem jest już tylko łatwiej i szybciej.




Zupa warzywno-kokosowa (wersja wegańska oraz z kurczakiem)

2 porcje 

4 łyżki oleju słonecznikowego lub z orzechów ziemnych 
2 duże ząbki czosnku, obrane i drobno posiekane 
1 mała czerwona chilli, wypestkowana (lub z  pestkami dla większej ostrości) i drobno posiekana 
1 mały kawałek świeżego imbiru, wielkości orzecha włoskiego, obrany i drobno posiekany 
5 dymek, pokrojonych na niezbyt cienkie kawałki (biała i zielona część)
1 mała czerwona papryka, pokrojona w paski
6 mini kolb kukurydzy, pokrojonych wzdłuż na pół, lub na ćwiartki 
6 pieczarek, pokrojonych na grube plasterki 
garść świeżej kolendry, łodyżki i większość liści posiekanych, kilka liści zostawionych do dekoracji 
1 łyżka czerwonej tajskiej pasty curry (użyłam, gdyż nie miałam trawy cytrynowej, a ona jest w składzie pasty, ale uwaga! do wege wersji sprawdzić skład pasty, gdyż może zawierać sos rybny lub pastę z krewetek, więc gdy pominiecie pastę, to dodajcie koniecznie trawę cytrynową)
400ml puszka mleka kokosowego 
600ml wywaru warzywnego (miałam bardzo prosty z brukwi, marchewki, selera naciowego i liści pora)
1 pierś kurczaka, pokrojona na cienkie plastry 
150g tofu, pokrojonego w sporą kostkę 
4 łyżki sosu sojowego 
1 łyżeczka cukru palmowego 
2 łyżki oleju z prażonego sezamu 
1 limonka 
300g azjatyckich nudli ryżowych (lub dla wersji niewegańskiej jajecznych; z ryżowych lubię najbardziej szerokie nudle typu Shahe fen)
sól do smaku 

Zacząć od zamarynowania tofu i kurczaka. W tym celu wziąć ok. pół łyżeczki posiekanego czosnku i imbiru wymieszać z olejem sezamowym, cukrem palmowym, sosem sojowym, wymieszać i podzielić na pół. W jednej połowie wymieszać kurczaka, w drugiej tofu. Pozostawić w marynacie na kwadrans. 

Przygotować nudle wg przepisu na opakowaniu i przełożyć do podgrzanych dużych misek. 

W woku lub głębokim rondlu rozgrzać połowę neutralnego oleju i przez ok. minutę smażyć w nim czosnek, imbir i chilli. Następnie dodać dymkę, zachowując nieco posiekanej zielonej części do dekoracji, kukurydze, paprykę i pieczarki. Smażyć przez ok. 2 minuty, następnie dodać posiekaną kolendrę i pastę curry jeśli używacie, lub trawę cytrynową. Smażyć jeszcze minutę i dodać mleko kokosowe i gorący wywar. Zagotować i po minucie zdjąć z ognia. Można doprawić solą. 

W czasie gdy przygotujemy zupę rozgrzać na dwóch patelniach po jednej łyżce oleju i usmażyć na złoto kurczaka oraz tofu. To nie powinno zająć więcej niż 4-5 minut, więc jeśli nie jesteście w stanie robić w kuchni trzech rzeczy na raz, to możecie to usmażyć, gdy zupa już będzie gotowa, bo przykryta nie zdąży ostygnąć. 

Zupę rozdzielić między dwie miski z makaronem, jedną posypać kurczakiem, drugą tofu, obie udekorować resztą dymki, kolendry i ćwiartkami limonki. Przed jedzeniem do zupy wycisnąć sok z limonki. 

2 kwietnia 2012

Odświeżanie menu

 
 
Rzodkiewka to wiosna, prawda? A może macie ochotę na wiosnę ubrać ją nieco inaczej? Jeśli tak jak ja wprowadzacie tej wiosny nieco innego kolorytu do Waszej kuchni (ja także do szafy! kupiłam sobie jasne spodnie cygaretki i ostrzę ząbki na różową sukienkę - dacie wiarę?), to polecam tę prostą sałatkę z ciekawym dressingiem. Pomysł na podobny znalazłam w "The Food of India. A journey for food lovers", nieco go zmieniłam, a składniki sałatki dobrałam wedle zawartości lodówki i apetytu. Oto efekt.

Sałatka z rzodkiewki i rukoli z indyjskim dressingiem

2 porcje

ok. 200g rzodkiewek, pokrojonych na ćwiartki
2 duże garści rukoli
1 łyżka oleju słonecznikowego
1/2 łyżeczki ziaren kuminu
1/2 łyżeczki czarnuszki
1/4 łyżeczki kurkumy
1/4 łyżeczki soli
szczypta asafetydy/asafoetidy (wdzęcznie zwanej czarcim łajnem)
łyżka soku z cytryny

Rukolę i rzodkiewki wymieszać w półmiskach.

Do rondelka dodać olej i ziarna kuminu oraz czarnuszkę. Przykryć i trzymać na średnim ogniu, aż ziarenka zaczną strzelać. Odkryć, dodać kurkumę, sól i asafetydę, wymieszać i smażyć przez 10 sekund. Zdjąć z ognia, dodać sok z cytryny, wymieszać i odstawić do ostygnięcia.

Ostygniętym dressingiem polać sałatkę i podawać.

31 stycznia 2012

Nowe-stare

Potykam się o puste pudła. Raz po raz wpada w nie z hukiem Marlon, przypominając mi subtelnie, że może powinnam je już czym zapełnić, a może wręcz przeciwnie: "nie zabieraj ich, mam przecież z nimi przednią zabawę". 

Sześć lat poza domem rodzinnym. Prawie dwa tysiące kilometrów od domu, kilkaset godzin spędzonych na Skype, obok rzeczy spakowanych przed wyjazdem przez ukochaną Mamę licznie zgromadzone inne. Kupione na szybko w supermarkecie, podarowane przez byłego pracodawcę, który miał zdekompletowany zestaw w pubie, znalezione na wyprzedażach bagażnikowych (carboot sales) czy angielskich charity shops (czyli sklepach typu second hand, które działają na rzecz jakiejś organizacji charytatywnej). Dla kogoś śmieć, oddany za darmo lub półdarmo, dla mnie skarb. Szklanka nie do kompletu, ale zmieszczę w niej pół dużej butelki wody mineralnej, ceramiczna miseczka, w której najpiękniej prezentuje się hummus. Kubek, który lata temu zostawiła najlepsza na świecie Siostra, wyprowadzając się ze wspólnie wynajmowanego domu. Nowy dom to okazja do uporządkowania - myśli i rzeczy. O ile staram się oczyścić umysł i wejść do nowego domu bez niepotrzebnych wspomnień i obciążeń, to nie potrafię pozbyć się przedmiotów. 

Dziurawa ściereczka z kurami. Co z tego, że dziurawa, nie wyrzucę, bo dostałam od Mamy. Odręcznie napisane kartki, krótkie notatki, podziękowania za przysługę, lub po prostu wyznanie uczucia. Tak mało osób dziś wysyła tradycyjną pocztę. Spalić w kominku? Nie ma mowy. Fetyszyzuję książki? Może. Najlepszy czytnik nowej generacji nie zastąpi zapachu papieru i farby drukarskiej. Najnowsza kupiona przez Lubego, który zanim mi ją podarował na święta, w tajemnicy przede mną przeglądał zdjęcia potraw, wspominając najlepszą kolację w naszym życiu. Zdmuchuję więc z nich kurz jak na filmach i pakuję. Talerze owijam skrzętnie w zgromadzone do tego celu olbrzymie niedzielne wydania "Times", wkładam do pudeł. Przez najbliższe tygodnie wystarczą nam dwa talerze, dwa garnki, dwa kubki. Resztę musimy spakować. 

Powoli oczyszczam też szafki z produktów, które może trochę tam za długo zalegały. Przyzwyczajam się do komponowania potraw z tego, co akurat mi zostało w domu, bo od końca lutego wyskoczenie do miasteczka na zakupy będzie zajmować jeszcze więcej czasu. Uczę się więc jeszcze większej dyscypliny. O! Pół paczki ciecierzycy. Będzie pyszne curry. Za mało warzyw? Nie szkodzi. W lodówce są suszone pomidory. Zaskakująco pyszne, nowe połączenie.



Curry z ciecierzycy, szpinaku i suszonych pomidorów 

4 porcje 

2 łyżki oleju słonecznikowego lub klarowanego masła (ghee)
1 średnia cebula, obrana i pokrojona w kostkę 
4 ząbki czosnku, obrane i drobno posiekane
1 czerwona chilli, wypestkowana i drobno posiekana
ok. 2.5 cm kawałek imbiru, obrany i drobno posiekany 
¼ łyżeczki kurkumy 
ok. 3 szklanki ciecierzycy, ugotowanej
400ml puszka mleka kokosowego 
ok. 300g świeżego szpinaku, całe liście (użyłam drobnolistnego, większe liście należy poszarpać) 
ok. 8 połówek suszonych pomidorów z oleju, pokrojonych na paseczki 
sól 

W dużym garnku rozgrzałam olej i dodałam cebulę. Smażyłam przez parę minut, aż zmiękła. Dodałam czosnek, imbir i chilli, smażyłam jeszcze chwilę, po czym dodałam kurkumę. Zamieszałam dokładnie, aby przyprawa pokryła cebulę, dorzuciłam ciecierzycę, dolałam mleka kokosowego i zamieszałam. Przykryłam i dusiłam przez kilka minut. Następnie partiami dodawałam szpinak - czekałam z dodaniem kolejnej partii, aż poprzednia nieco zwiędnie (uwaga: 300 gramowa paczka wygląda na szaloną ilość szpinaku, ale w potrawie traci on bardzo dużo na objętości, więc proszę, nie przejmujcie się tym, możecie nawet dać więcej). Jak już dodałam ostatnią partię szpinaku, to dorzuciłam pomidory, doprawiłam solą, zamieszałam, zagotowałam i wyłączyłam ogień. 

Serwowałam z chlebem naan, tradycyjnym dla Peszawaru (Pakistan) - z rodzynkami i kokosem. Danie nadaje się do odgrzewania, ale szpinak traci mocno na urodzie. Na smaku za to wcale!

30 października 2011

Pięć smaków w jednym daniu





Jedną z moich ulubionych mieszanek przypraw jest chińska mieszanka Pięć Smaków. Obecnie można ją bez problemu dostać też w Polsce, więc gorąco polecam. W jej skład wchodzi pięć przypraw odpowiadających smakom: słodkiemu, kwaśnemu, gorzkiemu, ostremu i słonemu. Każdy element smakowy odpowiada elementowi natury: drewno - kwaśny, ogień - gorzki, woda - słony, ziemia - słodki, i metal  - pikantny. Medycyna chińska wie bardzo wiele o żywieniu, nie czuję się ekspertem, więc zainteresowanych odsyłam do pozycji z zakresu Kuchni Pięciu Przemian. 

Co do składu mieszanki zdania są podzielone, w jednych pojawia się anyż, w innych nie, widziałam takie z kozieradką, albo z pieprzem syczuańskim zamiast czarnego. Zawsze w składzie widziałam natomiast goździki i cynamon. Czasem kardamon i kumin. Nie będę się więc rozwodzić nad składem, powiem tylko, że to bardzo ciekawa mieszanka - aromatyczna, korzenna, pikantna, nadająca potrawom intrugującego charakteru.

W najnowszym numerze miesięcznika "Good Food" zobaczyłam przepis na wołowinę z tą przyprawą i bardzo chętnie się skusiłam, podejrzewając (jak się okazało słusznie), że mięso będzie się rozpadać, a sos będzie lepki, słodko - pikantny, czyli wszystko co tygryski lubią najbardziej. Nie trzymałam się proporcji i użyłam najtańszych steków, ale myślę, że z wołowiną na gulasz też da radę. Nie przepłacajcie za drogie kawałki wołowiny - tańsza po takim czasie obróbki też będzie miękka. 




Wołowina Pięciu Smaków 

2 porcje 

2 steki wołowe, w sumie ok. 400g, każdy pokrojony na 4 spore kęsy
2 łyżki oleju słonecznikowego 
2 cebule, obrane i pokrojone na ćwiartki 
1 kawałek świeżego imbiru, ok. 3cm, obrany
3 ząbki czosnku, obrane 
mała garść świeżej kolendry (liście + łodyżki)
2 łyżeczki mieszanki Pięć Smaków 
1 cała gwiazdka anyżu 
1 łyżeczka czarnych kulek pieprzu, utłuczonych w moździerzu 
2 łyżki brązowego, lepkiego cukru
1 łyżka ciemnego sosu sojowego 
1 łyżka jasnego sosu sojowego 
1 łyżka koncentratu pomidorowego
ok. 250 ml bulionu wołowego
sól

Piekarnik rozgrzałam do 140 stopni C (termoobieg).

W robocie kuchennym zmieliłam na pastę cebule, czosnek, imbir i prawie całą kolendrę (zachowałam kilka listków do wykończenia dania).

W żaroodpornym rondlu rozgrzałam 2 łyżki oleju. Wołowinę delikatnie posoliłam i obsmażyłam na brązowo z każdej strony, na bardzo dużym ogniu. Następnie wyciągnęłam mięso i odłożyłam na bok, a do rondla dodałam całą pastę, smażyłam mieszając przez ok. 2 minuty. Robota wypłukałam odrobiną wody i całość wlałam do rondla. Dodałam anyż, Pięć Smaków, pieprz, sos sojowy ciemny i jasny, cukier, koncentrat pomidorowy i zamieszałam. Gotowałam przez minutę na dużym ogniu i dodałam wołowinę wraz ze wszystkimi sokami, które puściła. Zalałam bulionem, zmniejszyłam ogień, delikatnie wymieszałam, przykryłam i gdy się zagotowało wstawiłam do pieca. 

Po ok. 2 godzinach sprawdziłam, czy cały sos nie wyparował. Gdy robi się on niebezpiecznie gęsty i grozi przypaleniem, należy dodać nieco więcej bulionu. W sumie wołowinę piekłam w niskiej temperaturze przez ok. 2.5 godziny. 

Serwowałam z ryżem basmati, udekorowane świeżą kolendrą i smażonym imbirem. Jest on świetnym dodatkiem do wykończenia azjatyckich dań. 

Smażony imbir

2 -3 porcje

kawałek świeżego imbiru, ok. 3cm, obrany i pokrojony na paseczki wielkości zapałki
łyżka oleju słonecznikowego 

Olej rozgrzać na patelni, musi być gorący. Dorzucić imbir i smażyć mieszając, aż będzie lekko zezłocony i chrupiący. Wyjąć łyżką cedzakową, odsączyć na ręczniku papierowym, aby pozbyć się nadmiaru tłuszczu i serwować od razu (posypywać dania np. typu stir - fry).

15 września 2011

Pierwsza jesienna notka


Uciekałam wspomnieniami do ciepłych Włoch i nie dopuszczałam do siebie myśli, że jesień tuż tuż. Od dwóch dni są u nas bardzo silne wichury, jest zimno i często gęsto pada deszcz. Ciemności zapadają dużo wcześniej, bardziej chce mi się herbaty z cytryną i polskim miodem spadziowym przywiezionym z domu.

Nawet gdy przezwyciężyłam te wszystkie jesienne przeciwności losu, to nie było tak łatwo napisać kolejną notatkę. Nie pisze się bowiem łatwo, gdy po klawiaturze chodzi kot. Nie, ani Buce nie odbiło jeszcze bardziej w jesieni życia, ani Mimi nagle nie zapałała miłością do biegania po klawiszach, w czasie, gdy ja próbuję coś napisać. To nasz nowy kocio, który, mamy nadzieję, okaże się być chłopakiem. Na razie jest za młody, aby stwierdzić z całą pewnością, czy jednak zostanie Marlon, czy może trzeba będzie się przestawić na imię Marla? 

Imiona wybraliśmy chyba mając świetną intuicję, bo charakterny jest jak obie postacie, którym złożyliśmy hołd. Siedmiotygodniowy kocurek z zespołem nadpobudliwości psycho-ruchowej jest bardzo absorbujący, więc chodzę ostatnio nieco jak w amoku - niewyspana, podrapana, pogryziona, wydając z siebie niekontrolowane okrzyki bólu, gdy on znienacka wspina mi się po nodze wbijając pazury. Mimo wszystko jestem bardzo szczęśliwa. Jedzenie, gotowanie chwilowo nieco na drugim planie. Gotuję raczej sprawdzone, głównie jednogarnkowe dania. I takie Wam dziś zaprezentuję, szczególnie, że bakłażany są bardzo na czasie.

Przepis z "The Food of India: a journey for food lovers". Nie trzymałam się dokładnych proporcji, podaję, jak ja ugotowałam; to jedno z moich ulubionych dań z tej książki. 



Pikantne bakłażany 

2-4 porcje 

2 średnie bakłażany, pokrojone w półplasterki, ok. 7mm grubości 
5 łyżeki oleju słonecznikowego lub klarowanego masła 
400ml pomidorów bez skórki posiekanych z grubsza (mogą być puszkowe) 
5 ząbków czosnku, obranych 
ok. 2,5cm świeżego imbiru, obranego
1 łyżeczka czarnuszki 
1 łyżeczka ziaren kopru włoskiego 
1 łyżeczka mielonej kolendry 
1/4 łyżeczki kurkumy
1/4 łyżeczki pieprzu cayenne 
sól

Połowę pomidorów zmiksowałam z czosnkiem i imbirem. ręcznym blenderem na gładką masę.

W dużym rondlu rozgrzałam łyżkę masła i obsmażyłam bakłażany z obu stron, na lekko brązowy kolor, tak aby smażyły się w jednej warstwie. Powtórzyłam czynność, aż wszystkie bakłażany były usmażone. Miałam 4 rundy, stąd zużyłam 4 łyżki masła. Bakłażany odstawiłam na bok i rozgrzałam ostatnią łyżkę masła w tym samym rondelku. 

Dodałam czarnuszkę i koper włoski, przykryłam i pozwoliłam, aby nasiona chwilę postrzelały. Następnie dodałam kurkumę, cayenne i kolendrę i smażyłam pół minuty. Dolałam zmiksowane pomidory (uwaga, lubi pryskać!), resztę posiekanych pomidorów, bakłażany i sól do smaku. Przykryłam i dusiłam przez ok. 15- 20 minut na małym ogniu. 

Świetnie smakują same, albo zagryzane chlebem naan, albo z dodatkiem chutneyu z mango.  Podaję jako jedno z licznych dań podczas indyjskich kolacji, które wyprawiam - nigdy nie zabrakło ich na stole wśród różnych curry i innych specjałów.

Przedstawiam nowego członka naszej ekipy:

6 marca 2011

Brzydka jak... Albo z ładnej miski się nie najesz.

Albo nie oceniaj książki po okładce.

Z jedzeniem w zasadzie jak z facetami. Ten atrakcyjny, tak samo jak danie ułożone w fantazyjną piramidkę, wykończone pianką z szampana i ciekłym azotem, być może początkowo zrobi wrażenie, ale jak już się oczy nacieszą, to może okazać się, że poza ładnym obrazkiem nie ma nic ciekawego. Nic intrygującego, pustka, a wracając do jedzenia - brak smaku.

Z drugiej strony ten, który początkowo nie przykuł naszej uwagi w dalszym kontakcie odkrywa swe ukryte na pierwszy rzut okaz zalety. I znowu wracając do jedzenia - czasem nieatrakcyjne w swej odsłonie dania, potrafią zaskoczyć smakiem. Co tu dużo mówić - taki nasz polski bigos nie jest zbyt fotogeniczny, ani też piękny. A po co o tym piszę? Dlatego, że chcę Was przygotować na dzisiejsze danie, które choć wygląda jakby... i tu pominę moje pierwsze skojarzenie, aby nie odbierać Wam apetytu, to smakuje wybornie.

Klasyczne przepisy na to Murgh Keema (curry z mielonego kurczaka) znalazłam w internecie, mój jest wypadkową kilku i dla odmiany użyłam mielonego indyka. Dajcie temu brzydactwu szansę. No, troszkę je udekorowałam, więc ostatecznie nie jest AŻ takie brzydkie.




Curry z mielonego indyka i ziemniaków


2-3 porcje

500g mielonego mięsa indyczego
4 średnie ziemniaki, obrane i okrojone w niedużą kostkę
2-3 łyżki oleju słonecznikowego
1 średnia cebula, obrana
1 świeża zielona chilli (wypestkowana dla mniejszej mocy, lub z pestkami dla ostrości)
4 ząbki czosnku, obrane
2cm kawałek świeżego imbiru, obranego
łyżeczka kurkumy
pół łyżeczki mielonej kolendry
150ml gęstego jogurtu naturalnego *
200ml krojonych puszkowych pomidorów
ok. 250ml mrożonego groszku
sól
duża garść świeżej kolendry (liście do posypania/dekoracji dania, łodyżki do gotowania)


W dużym rondlu rozgrzałam olej. W tzw. międzyczasie w mini robocie kuchennym zmieliłam cebulę, z czosnkiem, chilli, imbirem i łodyżkami kolendry (mają wiele smaku, szkoda ich marnować), a następnie usmażyłam tę pastę na dużym ogniu, ciągle mieszając przez ok. minutę.

Dodałam kurkumę, kolendrę i smażyłam jeszcze przez pół minuty, po czym dodałam mięso. Smażyłam je mieszając i rozbijając grudki. Gdy było już wstępnie obsmażone dorzuciłam ziemniaki, ok. 100 ml wody, sypnęłam szczodrze solą, zamieszałam i przykryłam. Zmniejszyłam ogień i dusiłam przez ok. 10 minut. Następnie dodałam groszek, pomidory i jogurt wymieszany uprzednio z odrobiną soli, wymieszałam i dusiłam przez 5 minut.

Serwowałam w miseczkach udekorowane listkami kolendry. Można posiekać kolendrę i obficie posypać nią danie.

* Najlepszy jakie możecie dostać, im bardziej gęsty tym lepszy, u mnie w tym daniu sprawdził się najlepiej TOTAL. I tak nieco czasem się zwarzy, ale każdy inny jogurt poza wspomnianym kończył w daniu, jako okruszki twarogu. Nie wpływa to mocno na smak, ale pogarsza i tak już niezbyt ładny wygląda dania. Często pomaga wymieszanie jogurtu z solą, lub zahartowanie niewielką ilością gorącej wody - wszystko zależy od jogurtu, więc nie ma tu uniwersalnej rady.

2 marca 2011

Walka o ryby



Na początku tego roku na kanale Channel 4 gościła seria, w której udział wzięli popularni brytyjscy szefowie kuchni - Jamie Oliver, Heston Blumenthal, Gordon Ramsay, Arthur Potts Dawson i inicjator akcji Hugh Fearnley-Whittingstall (o którym pisałam tutaj).

Tematem serii były ryby, które na liście produktów spożywanych przez przeciętnego Brytyjczyka zajmują bardzo wysokie miejsce. Okazuje się jednak, że przy okazji odławiania popularnych ryb, które trafiają na rynek spożywczy, wyławia się inne gatunki, które następnie z powodu idiotycznych przepisów unijnych po sortowaniu wrzuca się z powrotem do morza. Martwe. Albo zranione, więc skazane na śmierć. Tym samym narusza się naturalną równowagę, zagrażając innym gatunkom. Szacuje się, że te wyrzucane ryby stanowią od 40 do 60% wszystkich wyławianych.

Akcja ma na celu m.in. zmianę nastawienia brytyjskiego konsumenta. Po to szefowie kuchni przedstawiali ciekawe przepisy na ryby, które nie cieszą się dużą popularnością, aby zwiększyć popyt na nie. Tym samym spowodować, że rybakom będzie opłacało się je sprzedać, a nie wyrzucić do morza. Akcja ma także na celu przekonanie ludzi, aby kupowali ryby z odnawialnych źródeł, tak aby mogły one posłużyć następnym pokoleniom.

Kampanię poparła masa ludzi, a także organizacje takiej jak Greenpeace czy World Wildlife Fund. Zainteresowani mogą poprzeć akcję on-line, a także znaleźć masę ciekawych przepisów i informacji, jakimi mniej popularnymi rybami zastępować te, które królują na talerzach.

Dziś i u mnie rybny przepis, wykorzystujący chyba najbardziej popularnego w UK dorsza, ale za to wybranego przeze mnie ze świadomością, że pochodzi z odnawialnego źródła i był odławiany w oparciu o ekologiczne standardy. Dzięki akcji zwracam uwagę na to, aby kupowane przeze mnie ryby miały certyfikat Marine Stewardship Council i tu ciekawostka - na swojej stronie podają oni sklepy, które sprzedają takie ryby, także w Polsce.

Przepis improwizowany, oparty na doświadczeniu z innymi curry w przeszłości (większość indyjskich przepisów, z których korzystam pochodzi z "The Food of India. A journey for food lovers"). Robiłam je już z łososiem i żabnicą. Zasadniczo każda mięsista ryba się nada, a ja dzięki informacjom znalezionym na stronie kampanii już wiem, jakich innych ryb szukać w przyszłości, a które z powodzeniem zastąpią dorsza, czy łupacza, które odławiane są w UK na potęgę.


Curry z dorszem

2-3 porcje

ok. 400-500 g dorsza, filet bez skóry, pokrojonego na spore kęsy
2 łyżki oleju słonecznikowego
1 cebula, obrana i drobno posiekana
łyżeczka mielonej kolendry
łyżeczka mielonego kuminu
łyżeczka garam masala
1/4 łyżeczki kurkumy
4 ząbki czosnku, obrane i drobno posiekane
kawałek świeżego imbiru (ok. 3cm), obranego i drobno posiekanego
1 czerwona chilli, wypestkowana i drobno posiekana
ok. 200ml krojonych pomidorów z puszki
ok. 400ml mleka kokosowego
sól


Do serwowania:

ryż (idealnie basmati albo jaśminiowy)
świeża kolendra lub dymka
ćwiartki limonki (opcjonalnie)


W rondlu rozgrzałam olej i smażyłam na nim cebulę, aż była miękka, ale nie brązowa. Dodałam wszystkie przyprawy, wymieszałam dokładnie i smażyłam minutę. Następnie dodałam chilli, imbir i czosnek i wymieszałam, smażyłam mieszając kolejną minutę.

Kolejno dodałam do rondla pomidory, mleko kokosowe, poczekałam, aż sos się zagotuje, dodałam posolone kawałki ryby, zmniejszyłam ogień, przykryłam i dusiłam ok. 7 minut. W połowie, delikatnie zamieszałam, trzeba być ostrożnym, bo ryba lubi się rozwalić.

Serwowałam z ryżem, ćwiartkami limonki i posypane posiekaną dymką.

21 lutego 2011

Po indyjsku, ale chudziej



Mam słabość do kuchni indyjskiej. Jako, że źle reaguje na dania na wynos albo z barów, w których dotychczas jadłam, w zasadzie tylko w domu mam okazję jeść indyjskie specjały. Bazuję na mojej biblii indyjskiego gotowania "The Food of India. A journey for food lovers", jak dotąd bez wyjątku wszystkie dania ugotowane wg przepisów z tej książki okazały się bardzo smaczne. Zwykle jednak redukuję ilość tłuszczu i czasem ilość chilli w przepisach.

Ostatnio w końcu zaopatrzyłam się w mąkę z ciecierzycy, więc postanowiłam przygotować moje ulubione cebulowe placuszki, którymi niestety potrafiło mi się odbijać po dwa dni, kiedy kupowałam je w tradycyjnej formie, czyli smażone na głębokim tłuszczu. Nie wiem, czy to wina nieświeżego tłuszczu, tajemniczych dodatków, czy mojego wrażliwego żołądka. W każdym razie postanowiłam nie rezygnować z tej pysznej przekąski i przekopałam internet w poszukiwaniu alternatywnego przepisu. I znalazłam ten film.

Placuszki okazały się być aromatyczne, smaczne, dom nie pachniał olejem, jak przy smażeniu, za to od zapachu przypraw aż kręciło w nosie. Przy okazji wyrzuty sumienia nieco uciszone - oto nisko tłuszczowa wersja tego indyjskiego przysmaku.



Cebulowe placuszki (indyjskie bhaji)


6-8 sztuk


500g białej cebuli, obranej i pokrojonej w plasterki
4 łyżki oleju roślinnego
pół łyżeczki sproszkowanej chilli
pół łyżeczki kurkumy
pół łyżeczki mielonego imbiru
łyżeczka mielonej kolendry
łyżeczka mielonego kuminu
pół łyżeczki soli
100g mąki z ciecierzycy
ok. 50ml wody
łyżka koncentratu pomidorowego

Piekarnik nagrzałam do 180 stopni C i przygotowałam dużą blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i lekko skropiłam ją łyżką oleju.

Na dwóch łyżkach oleju usmażyłam cebulę ze szczyptą soli, na małym ogniu. Cebula ma być miękka, ale nie brązowa. Następnie dodałam chilli, kurkumę, imbir, pół łyżeczki kuminu, pół łyżeczki kolendry i smażyłam mieszając przez kolejną minutę. Ściągnęłam z ognia i przygotowałam mąkę.

Pozostałą kolendrę, kumin i sól wymieszałam z mąką i dodałam do nich cebulę. Dokładnie wymieszałam, aby cebula pokryła się mąką.

Koncentrat pomidorowy wymieszałam z wodą i dodałam do mieszanki cebulowej. Wymieszałam porządnie, aby cała masa była dość wilgotna, ale zbita.

Łyżką nałożyłam 6 porcji na blaszkę, wstawiłam do pieca na 10 minut. Po tym czasie skropiłam wierzch pozostałą łyżką oleju i piekłam kolejne 10 minut.

Po upieczeniu przełożyłam na papierowy kuchenny ręcznik, aby pozbyć się nadmiaru tłuszczu. Serwowałam od razu.

14 lutego 2011

Antywalentynki. Pierwsza rocznica. I pomidorowa.

Dziś zastanawiam się, czy publikując pierwszy post rok temu nie działałam podświadomie, unikając tematu Walentynek, które nie są moim świętem. Nie to, że nie jestem zakochana, po prostu uważam, że miłe gesty liczą się cały rok, a nie od święta. Takie same poglądy mam na jedzenie - staram się, aby przez cały rok gościły u nas smaczne potrawy, niezależnie czy gotuję z okazji jakiegoś święta, czy tylko obiad w środku tygodnia. I mam nadzieję, że przez ostatni rok udało mi się to Wam pokazać.

Rok temu jeszcze się wahałam, dziś z perspektywy roku myślę, że warto mieć swoje miejsce w sieci. Nie ukrywam, że każdy nowy fan, każdy komentarz, odwiedziny na blogu, mail z konstruktywną krytyką, czy z podziękowaniami za to, że mój blog jest odskocznią od codziennych problemów cieszą mnie ogromnie. Cieszą nowe znajomości, te mailowe, ale także te które zacieśniły się dzięki blogowaniu i przełożyły na znajomość w realnym życiu. Cieszą prezenty od innych blogerek czy czytelników, cieszy mnie możliwość obdarowywania innych. Cieszy mnie blogowanie samo w sobie. Tworzenie tego bloga, jeśli trafiałby w próżnię nie przyniosłoby radości. Za to wszystko wszystkim Wam i każdemu z osobna serdecznie dziękuję. I zapraszam na gorącą zupę.

Zaczęłam od zupy pomidorowej, którą uwielbiam, także dlatego, że można ugotować dziesiątki jej różnych wersji. I czymże miałabym Was dziś ugościć w tym rocznicowym wpisie jeśli nie pomidorówką? Aromatyczną, pikantną, z orientalną nutą, idealną na zimę.




Pikantna zupa pomidorowa z mlekiem kokosowym

4 porcje

2 szalotki, obrane i drobno pokrojone
2 łyżki oleju z orzechów ziemnych
4 ząbki czosnku, obrane, drobno posiekane
ok. 2.5cm kawałek świeżego imbiru, obranego i drobno posiekanego
1 czerwona chilli, pozbawiona pestek (lub z pestkami jeśli chcecie bardzo ostrą zupę) i drobno posiekana
1/4 łyżeczki kurkumy
1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
1/4 łyżeczki mielonego kuminu
1/2 łyżeczki mielonej kolendry
1/2 łyżeczki garam masali
2x400ml puszki krojonych pomidorów
ok. 800ml bulionu warzywnego
ok. 150ml mleka kokosowego
sól


Na oleju przesmażyłam szalotki, aż były zeszklone. Dodałam czosnek, chilli i imbir i smażyłam minutę. Następnie dodałam wszystkie przyprawy, oprócz soli i smażyłam ok. pół minuty. Dorzuciłam pomidory, dolałam bulion, przykryłam i zagotowałam.

Po ok. 15 minutach zdjęłam z ognia i zmiksowałam ręcznym mikserem, aż zupa była gładka. Doprawiłam solą. 3/4 mleka kokosowego wymieszałam w kubku z gorącą zupą i wlałam do garnka.

Rozlałam zupę do miseczek i dodałam resztę mleka kokosowego na górę. Idealnie pasuje świeża kolendra do posypania, ale w lokalnych delikatesach akurat jej zabrakło. Jeśli chcę aby zupa była bardziej sycąca, serwuję ją z ryżem basmati lub chińskimi nudlami jajecznymi. Czasem po prostu piję ją z kubka zagryzając chlebem naan.

1 stycznia 2011

Manifest noworoczny!



Ludu pracujący miast i wsi!


Widmo krąży po Europie - widmo plastikowych dań. Zgniły Zachód zasypał nas fixami w proszku, sosami ze słoików, nawet Wschód często rzuca nam kłody pod nogi - Chińczyk (jeśli ktoś takiego po ręka ma) dosypuje magiczne proszki do swych dań na wynos. Ile w tym cukru! Ile w tym soli! Można by wyżywić masy pracujące!

Proletariuszki, które mają postanowienie pozbycia się kilku zbędnych centymetrów w nowym roku tym bardziej powinny zacząć gotować klasykę dań kantońskich w domu, miast brać ją na wynos.

Niech drżą wszystkie bary serwujące chińszczyznę na wynos. Nie macie do stracenia nic prócz swych kajdan. Do zdobycia macie całą gamę smaków.

Wielbiciele klasyki słodko-kwaśnej wszystkich krajów, łączcie się!





Szczęśliwego nowego roku dla wszystkich czytelników!

Po tym wstępie, inspirowanym jednym z najbardziej absurdalnych tekstów jakie ujrzały światło dzienne*, zapraszam Was na klasykę kuchni kantońskiej, danie, który każdy chyba zna, ale nie każdy wie, jak je przygotować w domu. A warto. W mniej niż pół godziny miseczka aromatycznego jedzenia zagości na Waszym stole, a Wy będziecie wiedzieć co dokładnie jecie.

Przepis na sos słodko-kwaśny pochodzi z książki Kena Homa "Foolproof Chinese Cookery"**, która to zawiera naprawdę proste przepisy na klasyki szeroko pojętej kuchni chińskiej. Możecie go użyć do krewetek, wieprzowiny, czy do kurczaka i bawić się różnymi kombinacjami warzyw - oprócz tego co dziś w daniu u mnie, pasują do niego także cienko pokrojone marchewki, kasztany wodne, czy egzotyczne grzyby.


Słodko-kwaśny kurczak


2 porcje

łyżka oleju z orzechów ziemnych
kawałek imbiru wielkości orzecha włoskiego
2 ząbki czosnku
4 dymki
2 nieduże piersi kurczaka
czerwona papryka
zielona papryka
puszka pędów bambusa, 120g po odsączeniu
kawałek ananasa (użyłam ok. ćwiartki małego ananasa, można użyć puszkowego, choć świeży jest smaczniejszy)
sól
pieprz

Na sos

150ml bulionu z kurczaka lub warzyw
2 łyżki wina ryżowego Shaoxing lub wytrawnego sherry
3 łyżki jasnego sosu sojowego
2 łyżki ciemnego sosu sojowego
1½ łyżki koncentratu pomidorowego
3 łyżki octu ryżowego lub jabłkowego
1 łyżka cukru
1 łyżka skrobi kukurydzianej (lub mąki ziemniaczanej) rozprowadzona w 3 łyżkach wody

Przygotowałam wszystkie składniki, aby były gotowe do szybkiego smażenia: imbir i czosnek obrałam i drobno posiekałam, pokroiłam ukośnie dymkę, papryki pozbawiłam gniazd nasiennych i pokroiłam w paski, pokroiłam ananas na kawałki wielkości kęsa. Mięso pokroiłam na dość cienkie plasterki.

W woku lub dużej głębokiej patelni rozgrzałam olej i wrzuciłam do niego imbir, czosnek i połowę dymki (tę dolną, twardszą cześć, tę ciemniejszą zieloną zostawiam do posypania gotowego dania), smażyłam na dużym ogniu energicznie mieszając. Po ok. 30 sekundach dodałam mięso i kiedy się z zewnątrz obsmażyło dodałam paprykę i pędy bambusa, delikatnie posoliłam i dodałam nieco pieprzu. Mieszałam od czasu do czasu, w tzw. międzyczasie przygotowując sos.

Wymieszałam wszystkie jego składniki, oprócz skrobi kukurydzianej i po ok. 5 minutach smażenia warzyw z kurczakiem, dorzuciłam do nich ananas, smażyłam jeszcze minutę i wlałam sos. Zagotowałam i dodałam rozrobioną skrobię. Wymieszałam i gotowałam jeszcze 30 sekund. Ściągnęłam z ognia, sos był dość gęsty.

Serwowałam z ryżem, posypane resztą dymki.


* "Manifest Komunistyczny"
** wierzę, że moja ukochana siostra Miki nie miała złych intencji dając mi w prezencie książkę, która w tytule zawiera słowo "idotoodporny", ha, ha! W gruncie rzeczy zrobiłam z tej książki świetny użytek, polecam każdemu kto chce w domu gotować proste chińskie dania.

P.S. Muszę to napisać, bo właśnie miałam kolejną chwilę siostrzanej telepatii, które uwielbiam. Kilka godzin po ugotowaniu tego dania, wg przepisu z książki podarowanej przez nią, dostałam od niej wiadomość, że wyśle mi coś egzotycznego z orientalnego sklepu, a ja będę miała za zadanie ugotować coś z tym składnikiem. Oczywiście nie miała pojęcia, że ugotowałam taki właśnie obiad, ani tym bardziej, że pracowałam nad tym wpisem. Jak ja to lubię!

18 września 2010

Malkontentów będę chłostać!




Tradycja niejedzenia mięsa w piątki w narodzie nadal silna, sądząc po lekturze forów. Gorzej już z weną kulinarną. Na forach kulinarnych i innych pojawiają się co jakiś czas pytania, co ugotować w piątek, bo ryba się znudziła, tak samo placki ziemniaczane. Albo goście przyjeżdżają, szykuje się wspólna kolacja i problem co przygotować. Pomyślałabym, że skoro tradycja tak silna, to i gama wegetariańskich dań w polskich domach powinna mnie powalić swoją różnorodnością. A jednak ciągle pojawiają się głosy, że niektórym ciężko jest skomponować bezmięsny posiłek. I mam wrażenie męczy ich sama myśl, żeby przez ten bezmięsny piątek przebrnąć. Bo dzieci ryby nie lubią, mąż naleśników, a w ogóle zaraz pogoni pasem, bo obiad bez mięsa to nie obiad.

Załóżmy, że pominiemy nawet tę całą gamę ryb, które można przyrządzić na setki sposobów. Ryby potrafią być drogie, nie każdy je lubi, nie każdy ma dostęp do świeżych, a mrożone często pozostawiają wiele do życzenia. Pomijając nawet całą gamę dań mącznych, czy ziemniaczanych, tę niesamowitą ilość różnych pierogów czy naleśników, klusek wszelakich (można łączyć ziemniaki z innymi warzywami i tak powstają rożne rodzaje kluch) nadal zostają warzywa. Latem, jesienią jest ich takie zatrzęsienie i wybór, że naprawdę dziwię się skąd jeszcze te jęki, co ugotować. Zimą można się poratować mrożonkami, soczewicą, czy kaszami.

Ludzie, gotujcie curry warzywne! Wegetariańskie, ba wegańskie, sycące, aromatyczne, pyszne. I możliwości łączenia warzyw ogranicza tylko Wasza wyobraźnia, ewentualnie zasoby lokalnego stoiska warzywnego. Kuchnia indyjska, także ze względu na przekonania religijne niektórych grup społecznych oferuje niesamowitą gamę dań bezmięsnych. A jak będziecie jęczeć i wydziwiać, to wezmę w dłoń jakąś fasolkę szparagową i zacznę Was nią chłostać.


Curry z fasolki szparagowej


2-3 porcje

2-3 łyżki oleju słonecznikowego
1 czerwona chilli, drobno posiekana, z nasionami (danie będzie ostrzejsze) lub wypestkowana
kawałek świeżego imbiru, ok. 3cm, obrany i drobno posiekany
3 ząbki czosnku, obrane i drobno posiekane
pół łyżeczki kurkumy
pół łyżeczki gorczycy
łyżeczka mielonej kolendry
łyżeczka garam masala
duża czerwona cebula, obrana, podzielona na ósemki, a te na płatki
ok. 400g fasolki szparagowej, pokrojonej na kawałki wielkości kęsa
ok. 200ml posiekanych pomidorów w sosie własnym (najlepiej bez skórki)
400ml puszki mleka kokosowego
sól

W rondlu rozgrzałam olej i przesmażyłam chilli, czosnek i imbir, przez ok. minutę. Dodałam wszystkie przyprawy i smażyłam jeszcze pół minuty. Następnie dodałam cebulę, a po minucie pomidory, mleko kokosowe i fasolkę. Delikatnie posoliłam. Dusiłam na małym ogniu, pod przykryciem, aż fasolka zmiękła (kwadrans, może nieco krócej).

Jedliśmy z ryżem (skończył się basmati, a szkoda bo byłby idealny, ale naturalny, nieoczyszczony ryż też był OK), chlebem naan i kupnym chutneyem z mango. Na drugi dzień resztki miałam na lunch z samym ryżem i danie też świetnie się obroniło bez tych dodatków.

30 sierpnia 2010

Że też Ci się chce...




- Dobrze, że dziś piątek, kupię jakieś danie na wynos i zalegnę na sofie. A Ty co robisz?
- Otworzymy zimne piwo, zjemy obiad, zrelaksujemy się. Też się cieszę, że dziś piątek.
- A co na obiad?
- Kotlety rybne z frytkami i sałatą.
- Kupujesz w lokalnym sklepie z rybą i frytkami na wynos?
- Nie. Robię swoje.
- ???
- Dziś piątek, na markecie były świeże ryby, kupiłam łososia i zrobię z niego kotleciki. I prawdziwe domowe frytki. Dawno nie jedliśmy...
- Że też Ci się chce w piątkowy wieczór...
- No, chce mi się...


Kotlety z łososia


2-3 porcje

500-600g filetów łososia ze skórą
liść laurowy
pół cytryny
kilka kulek pieprzu
ziele angielskie
200g ziemniaków, najlepiej z dużą zawartością skrobi (użyłam Maris Piper - są także idealne na frytki)
3 dymki, posiekane
kawałek imbiru, ok. 2.5cm, posiekany
czerwona chilli, wypestkowana i posiekana
sól
pieprz

Do panierowania:

bułka tarta (najlepiej domowa, a idealna byłaby panierka japońska panko)
mąka pszenna
2 jajka
sól
pieprz

olej słonecznikowy do smażenia

Łososia włożyłam do rondelka, dodałam cytrynę podzieloną na ćwiartki, pieprz, ziele angielskie, liść laurowy, zalałam wodą i zagotowałam. Zmniejszyłam ogień i gotowałam 5 minut. Ściągnęłam z gazu i zostawiłam w wodzie, aby przestygło.

Ziemniaki ugotowałam i ciepłe przepuściłam przez praskę.

Odcedziłam łososia, oskórowałam i podziabałam widelcem, aby oddzieliły się z całości płatki. Wymieszałam rybę z ziemniakami, dymką, chilli, imbirem i doprawiłam masę solą i pieprzem.

Za pomocą pierścienia kuchennego formowałam kotleciki, jak nie jesteście tacy zboczeni, to po prostu uformujecie kotleciki rękoma.

Panierowałam w mące, jajku wymieszanym z solą i pieprzem, a potem w bułce, otrzepując jej nadmiar.

Smażyłam w oleju tak, aby z każdej strony przykrywał kotlety do połowy wysokości. Idealnie byłyby smażyć na głębokim oleju.

Podałam z:

Domowymi frytkami - sekretem ich smaku jest użycie odpowiedniego gatunku ziemniaków, te bardziej skrobiowe są lepsze. Najpierw smażę na mniejszym ogniu (temperatura ok. 190C), do momentu, kiedy mogę bez problemu wetknąć czubek noża we frytkę. Odcedzam (dobrze jest użyć specjalnego sitka do smażenia frytek, czy blanszowania warzyw) i podkręcam temperaturę (200-210C). Następnie smażę do utrzymania ulubionego stopnia zarumienienia.

Sałatą (konkretnie użyłam rukwi) - uznałam, że skoro w kotletach są niektóre tajskie składniki, to zrobię do niej dressing z oleju z prażonych sezamów, soku z limonki i miodu.

Do całości dodałam ćwiartki limonki i słodki sos chilli. Do tego zimne piwo i obiad gotowy!

15 kwietnia 2010

Prawy prosty!


Dziesięć sierpowych! Dziesięć podbródkowych! Dwadzieścia brzuszków!

Czwartkowe wieczory nie są łatwe, satysfakcja jednak gwarantowana. Po zajęciach łapię torbę, pędem do samochodu, noga na gaz (byle nie za bardzo - uspokoiłam się po lutowym wypadku) i już myślami jestem w domu. Przy lodówce, rzecz jasna, bo apetyt bardzo dopisuje po godzinnym boksowaniu kilku znielubionych facjat (przecież zawsze sobie można wyobrazić czyjeś oblicze na padach bokserskich, prawda?).

Co przygotować, aby było:

a) szybko (jestem w domu później niż zwykle i umieram z głodu)
b) w miarę niskokalorycznie (nie po to spalałam w pocie czoła kalorie, aby teraz nadrobić to z nawiązką)
c) ze słodkim akcentem (aby po kolacji nie kusiły słodycze, z tego samego powodu, o którym w punkcie b)

Stir fry! Czyli mieszaj, smaż i za kilka chwil delektuj się lekkim daniem.


Indyk z mango w azjatyckim stylu


2 porcje

ok. 300g filetu z indyka (możecie użyć kurczaka)
2 łyżki oleju z orzechów arachidowych
2 ząbki czosnku
kawałek świeżego imbiru, ok. 2.5 cm
czerwona chili
mały brokuł
6 mini kolb kukurydzy
mango
limonka
łyżka sosu sojowego
łyżeczka skrobi kukurydzianej
filiżanka bulionu warzywnego, drobiowego lub wody
garść świeżej kolendry
jajeczne nudle chińskie (jak z zupek ekspresowych)

Przygotowałam wszystkie składniki, aby były gotowe do wrzucania do woka: mięso pokroiłam w cienkie plastry, czosnek i imbir drobno posiekałam, chili wypestkowałam (prawdziwi twardziele mogą zostawić pestki) i pokroiłam w paseczki. Brokuł podzieliłam na różyczki, a jego trzonek pozbawiłam wypustek i grubszej skóry i pokroiłam w plasterki. Kolby kukurydzy przekroiłam wzdłuż na pól, mango obrałam i pokroiłam na spore plasterki.

W woku rozgrzałam mocno połowę oleju i na dużym ogniu obsmażyłam mięso. Następnie odłożyłam je za pomocą łyżki cedzakowej do miseczki.

Do woka dodałam resztę oleju, czosnek, imbir i chili i smażyłam, ciągle mieszając, przez około minutę, aby kolejno dodać brokuły i po minucie połówki kukurydzy. Smażyłam, mieszając przez 5 minut.

Następnie dodałam mango, smażyłam minutę, wrzuciłam z powrotem indyka i zalałam filiżanką bulionu, w którym rozrobiłam skrobię kukurydzianą. Doprawiłam sosem sojowym i sokiem z limonki. Gotowałam pół minuty, sos bardzo szybko zgęstniał.

Serwowałam z nudlami jajecznymi posypane świeżą kolendrą.




P.S. Just let me die with dignity/It's not suicide, simply mercy/Life is killing me...

Dziś boksowałam ze szczególną siłą, aby pozbyć sie złych emocji. Pożegnaliśmy frontmana grupy Type O Negative, Petera Steele (wł. Petrus T. Ratajczyk). Kawał chłopa, kawał głosu i polskie korzenie. Wielka szkoda.